PPT #17: gone fishin’ in 2020 (2020-07-21)

Poleciało:

Gate – Smoke [„Fear Of Music”, 1989/2020]
Loopsel – Det som blir [s/t, 2020]
Neil Young – Try [„Homegrown”, 2020]
Saskia – My Lips Get Hot [„Eeuwig Op Reis”, 2020]
Sun City Girls – Sending Young Children To Kill Them [„Live At The Sky Church”, 2020]
Gate – Electric Guitar [„Fear Of Music”, 1989/2020]
Container – Nozzle [„Scramblers”, 2020]
Komare – Untitled 7 [„The Sense Of Hearing”, 2020]
Carman Moore – A Personal Story [„Personal Problems”, 2020]
Coldreams – Eyes [„Morning Rain / Eyes”, 1986/2019]
Piotr Kurek – Dances [„Sacrifice Shall Be Made / All The Wicked Scenes”, 2020]
Beatriz Ferreyra – Echos [„Echos+”, 2020]
Ben Bertrand – Those Behind Us That We Follow [„Manes”, 2020]

Komentarz:

1. Michael Morley (The Dead C) ze swojego pierwszego solowego wydawnictwa jako Gate. W lipcu 2020 r. nakładem brooklyńskiego Fabrica ukazało się wznowienie „Fear Of Music” (1989 r.), przenoszące materiał z kasety na podwójne LP. Masakrowanie utworów muzyki popularnej to standard w repertuarze Morleya właściwie od zarania jego aktywności twórczej. Są to bez wyjątku przeróbki gwałcące wszelkie zasady muzycznego BHP,  ale przy okazji również pełnowartościowe reinterpretacje. Monstrualny cover „Children of the Revolution” T. Rex z „Eusa Kills” The Dead C, grzebiący 6 stóp pod ziemią liryczną nadzieję oryginału, czy zupełne oderotyzowanie disco, funku i, między innymi, „Crosstown Traffic” Hendrixa na „Saturday Night Fever” Gate to arcydzieła kulturowego remiksu. No a co ze „Smoke”? Cóż, nie jest to przypadek wyżej wymienionych – tutaj pobudki wydają się zdecydowanie niższe. Bardzo mnie to jednak cieszy, bo mimo że jestem już raczej zbyt otwarty (czyt. za stary) na jakiekolwiek bójki okołogustowe, to jednak z ogromną satysfakcją słucha mi się, jak biją „Smoke On The Water”.

2. Najbardziej „hitowy” kawałek, jaki napisała Elin Engström, dotychczas znana przede wszystkim jako połowa Monokultur. Oczywiście „znana” to tutaj żart tej samej wagi, co „hitowy”. Loopsel to jej solowy projekt, w którym wydała już dwa wydawnictwa, oba w tym roku – najpierw LP „The Spiral” dla Förlag För Fri Musik, w tej chwili jednej z najoryginalniejszych artystycznych komityw (nie tylko w Szwecji, ale i na świecie), oraz EP-kę, która jest wydawnictwem nr 001 nowego göteborgowskiego labelu, Mammas Mysteriska Jukebox (oficynę prowadzi druga połówka Monokultur, JJ Ulius). To właśnie z tego drobnego s/t pochodzi „Det som blir” – cudowny przebój z czteroślada, który pewnie zgarnąłby zdecydowanie większą widownię za czasów scoutingu 4AD.

3. Nie będę się rozpisywał o „Homegrown” – o archiwalnym break-up albumie Neila Younga, nagrywanym w latach 1974-1974 równolegle ze wspaniałą „Zumą”, ale niewydanym aż do dziś z powodu zbyt osobistego charakteru, napisano dostatecznie dużo we wszystkich możliwych mediach muzycznych. Materiał jest najmocniejszy tam, gdzie rozliczenie się z rozstaniem jest nagie oraz silnie intro- i retrospektywne. „Try” (z linijkami „I’d like to take a chance / But shit, Mary, I can’t dance”), „Seperate Ways” oraz „White Line” to bez dwóch zdań jedne z najpiękniejszych i najsmutniejszych piosenek, jakie Young kiedykolwiek napisał. A dla równowagi są tu przecież również kawałki z galerii osobliwości – „Florida”, w której Young sięga do awangardy i, można odnieść wrażenie, chce być przez chwilę jak Robert Ashley, czy jam „We Don’t Smoke”, będący nudziarskim na potęgę, białasowym bluesem, w dodatku podbitym tekstem, z którego wyłania się Young jako bardzo niezgrabny daddy cool. Albumy nierówne i dezorientujące są zazwyczaj najciekawsze – nie inaczej jest z „Homegrown”.

4. Zastanawiam się, właściwie regularnie, jak wiele ukrywa się jeszcze w cieniu historii tak udanych domowych nagrywek jak „Eeuwig Op Reis” niejakiej Saskii – członkini rezydującej w Rotterdamie komuny Arts, która w 1983 nagrała, zapewne bez większych ambicji, takie oto wydawnictwo. Belgijskie STROOM.tv, skądinąd fantastyczny i jeden z ciekawszych obecnie labeli, wykroiło z oryginalnej kasety singiel z dwoma numerami, co nie znaczy jednak, że nie warto sięgnąć po kompletny materiał (polecam tutaj Soulseek, i to bez najmniejszych wyrzutów sumienia – rzecz jest legalnie nie do upolowania). Możecie się zaskoczyć, jak wiele ciekawych singli – oczywiście z myślą o drugim obiegu – można by z tego materiału wyciąć oraz ile jest na nim różnorodnych pomysłów i stylów, które nie mieszczą się za bardzo w etykiecie „minimal wave”, jaką się „Eeuwig Op Reis” zwykle kwituje.  Frapująca, autorska rzecz plus prawdopodobnie najbardziej out-there i słodka zarazem piosenka o Snoopym („Sloopy”).

5. „Your culture’s fucking dead! And your friends are dead! And your fucking music is dead!”, czyli Sun City Girls being Sun City Girls. O niesławnym, totalnie subwersywnym (tak bardzo, że widownia wzięła go zbyt do siebie – niewiele osób dotrwało do końca) koncercie w Sky Church z 2004 r. przeczytacie całkiem szeroko w recenzji Jonathana Shawa na Dusted. Tego jak „Seattle festival audience — an erudite, liberal bunch, listeners of KEXP’s hip, indie-rock programming — reacted to the Girls’ possessed antics” można się spodziewać bez słuchania, ale sęk w tym, że na ten występ naprawdę nie ma ludzi zbyt mocnych. Pękło tu za dużo tabu i zepsuło się za dużo smaku, żeby nie doszło do rękoczynów. I prawie doszło. Na wydawnictwo składa się również DVD, a fragment, na którym uchwycony został opisany przez Shawa bananowy skandal z „The Girl From Ipanema” w tle, znajdziecie tutaj. Jeśli nie znacie Sun City Girls i nie wiecie, jak wspaniałymi muzykami potrafią być, kiedy mają na to ochotę, oraz z jaką pasją doceniają, znajdują i wydają muzykę niezhomegenizowaną przez Zachód, to polecam bardzo ostrożnie.

6. Gate z „Fear Of Music” raz jeszcze, bo żart ze „Smoke On The Water” nie jest dla tego albumu reprezentatywny. Tutaj Michael Morley na poważnie – jeśli nie czujecie niczego szczególnego w zbolałej mantrze „eeeleeectric guuuitaaar” na tle nieregularnego rytmicznie rzęchu, to prawdopodobnie dlatego, że nie uderza was tak mocno, jak wymęczona była już pod koniec lat 80. tzw. „muzyka gitarowa”, ile siły kosztuje zagranie czegoś na gitarze, kiedy w niewiele rzeczy się wierzy i żyje w odizolowanej Nowej Zelandii, oraz jak mogą przejawiać się symptomy wstrętu do muzyki (w tym kluczu interpretacyjnym jeszcze doskonalej podchwycony i przesycony znaczeniem bliskim refleksji Pascala Quignarda został tytuł albumu Talking Heads) przy jednoczesnej żarliwej potrzebie ekspresji.

7. Jasne, że jest wiele ciekawszej elektroniki, ale Container wciąż jest doskonały w swojej dziedzinie. Car crash industrial techno, które puszczone podczas pracy działa lepiej niż kubek kawy wylany w okolice rozporka. W mojej opinii Ren Schofield po dziś dzień nie przebił EP-ki „Adhesive”, ale nowe LP i tak jest więcej niż satysfakcjonującym sponiewieraniem.

8. Komare, czyli 2/3 Mosquitoes – chyba o wszystkich wydawnictwach jednego i drugiego pisałem na fanpage’u lub/i tutaj. Nikt mnie nie słuchał, jak fantastyczne to są zespoły, tymczasem doczekały się osobnego artykułu w lipcowym numerze Wire. Szum statyczny, mamrotonie, dubowa produkcja, rozgrywanie konkretu/abstrakcji, kompozycji i nieprecyzyjnej zawiesiny. Nie chce się powtarzać, napisałem o tym trochę m. in. tutaj, a poza tym trudno mi opisać tę muzykę lepiej niż zrobił to sam Mark Harwood, właściciel Penultimate Press i wydawca „The Sense Of Hearing” Komare: „Somewhat of an estranged cousin to Mosquitoes take on re-ruffled rock, Komare resides more as a dub influenced exploration of the outer fringes, creating a thick vibrational delusion. Somehow like Zweistein mixing a Robert Ashley record, Komare is an exceptional space and time stretching disorientator. In the process of rendering reality redundant Komare gleefully lead the listener into a netherworld of holographic, hallucinatory audio. Shades of Monoton and Pyrolator may also be detected as can the impression of intoxicants wafting around the mixing console. This is a state where humans and machines, though present, are smeared of all traceable attributes. The depths of the journey moves further into a netherworld as the album progresses/disintergrates.”

9. Carman Moore i jego soundtrack do „Personal Problems” – drugiego filmu Billa Gunna, reżysera, scenarzysty i aktora, którego „Ganja and Hess” zostało wyróżnione jako jeden z 10 najważniejszych filmów dekady na festiwalu w Cannes w 1973. Widziałem „Ganja and Hess” i polecam gorąco, bo to bez wątpienia jeden z najoryginalniejszych obrazów w historii kina – zarówno na polu art-house’owym i autorskim, ale również jako osobliwy margines gatunków vampire flick czy blaxploitation. W „Personal Problems” (1980 r.), tagowanym jako meta-soap-opera i powstałym we współpracy Gunna z Ishmealem Reedem, występuje m.in. Vertamae Smart-Grosvenor – członkini Sun Ra Arkestra oraz antropolożka kulinarna, autorka książki „Vibration Cooking”, w której sensualna, free-formowa, można by rzecz, koncepcja gotowania łączy się organicznie z podróżą świadomościową i tożsamościową. Tym bardziej ubolewam, że filmu namierzyć mi się nie udało. Na tę chwilę pozostaje chociaż kameralna, ale bardzo osobna ścieżka Carmana Moore’a. Moore, który nie nagrał zbyt wiele, ale sam Ornette Coleman nazwał go największym kompozytorem na świecie, przefiltrował tutaj Harlem przez subtelnie awangardyzujący chamber jazz. Miejscami (np. w „A Personal Story” albo „Love Conquers”) muzyka przypomina mi nagrania ZNR z dwóch pierwszych albumów (np. ten utwór) albo twórczość Idea Fire Company (przede wszystkim albumy z klawiszami Karli Borecky w roli głównej, jak wspaniałe „Music for the Impossible Salon„). Cudowna rzecz, choć jej urok jest bardzo dyskretny. „Personal Problems” wydało nowojorskie Reading Group, prowadzone przez Dereka Barona.

10. Singiel „Morning Rain / Eyes” to już chyba cult-classic francuskiej i światowej zimnej fali, ale poznałem go dopiero w tym roku, za sprawą wznowienia sumptem Camisole (ten label w 2019 r. był również odpowiedzialny za reedycję „Montparnasse” Yoran, więc zdecydowanie WARTO go obserwować). Co mogę powiedzieć – ripituje „Eyes” od 3 miesięcy niemal codziennie. Głos Géraldine Sali wybija ten numer na trochę inny poziom – jej ekspresja jest pełna miłosnej dramy rodem z widzianych głównie w filmach, niespodziewanie osobistych, późnonocnych występów barowych – oczywiście z papierosem, w czerni i bieli – ale i nawiedzona, trochę nie z tego świata, jakby głos dziewczyny, której serce pękło tak mocno, że spotkał ją tragiczny los, został przeklęty i zaklęty na płycie.

11. Wspaniały Piotr Kurek z najnowszego albumu dla Mondoj, a właściwie wspaniały Łukasz Rychlicki, bo w centrum uwagi „Dances” jest akurat jego gitara. O „A Sacrifice Shall Be Made / All The Wicked Scenes”, albumie dokumentającym przygodę Kurka z teatrem, pisali już wyczerpująco Bartek Chaciński i Michał Wieczorek, a z kulis jego nagrywania bardzo ciekawie odpytał Kurka Jakub Bożek. Pozostaje mi tylko zawtórować Michałowi Wieczorkowi, że niebagatelną rolę w kształtowaniu samej substancji muzycznej tego zapisu odegrał Łukasz Rychlicki, jeden z najciekawszych gitarzystów w tej chwili, którego czułość w skali mikro kilka miesięcy temu zdążyłem już pokochać za owoce współpracy z Hubertem Kostkiewiczem.

12. Slucham ostatnio bardzo dużo muzyki konkretnej i akuzmatycznej, przede wszystkim twórców skupionych wokół Groupe de Recherches Musicales, do której należała również Beatriz Ferreyra. Słucham jej jednak przede wszystkim szukając humanizmu i emocji – nie czuje się kompetentny, by ją analizować. Oddaję zatem głos recenzentowi A Closer Listen, który bardzo pięknie zinterpretował „Echos +”.

13. Ponownie belgijskie STROOM.tv, ale tym razem biegun przeciwległy do filozofii DIY. „Manes” Bena Betranda wyrasta z terenów minimalizmu spod znaku Terry’ego Rileya i Gavina Bryarsa, makrokosmosu Tangerine Dream, neoklasycyzmu i odrobiny New Age’u. Zdecydowanie nie współwibruję z całym albumem, ale nokturnowe „Incantation 3„, a zwłaszcza melancholijne, ale i ciepłe „Those Behind Us That We Follow” trafiają w moją wrażliwość. Ton asekuracyjny wynika z faktu, że rzadko wybieram się w takie rejony muzyczne. Betrand kontempluje jednak te soundscape’y bardzo czule – gra na klarnecie basowym na tle ambientowych, cyfrowych pejzaży, i ten organiczny przewodnik, jakim jest głębokie i zniuansowane ekspresyjnie brzmienie instumentu dętego, na tle chłodnej syntezy urasta niemalże do czegoś w rodzaju manifestacji istnienia duszy. Posłuchajcie, jest to zdecydowanie piękniejsze niż moja grafomania.

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Google

Komentujesz korzystając z konta Google. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj /  Zmień )

Połączenie z %s