Statki śmierci i brudne paszporty. O „God Bless The Death Drive” Triple Negative

 

Triple Negative to internacjonalne trio rezydujące w Anglii, które tworzą Anja Büchele (Niemcy), Matthew Hyland (Nowa Zelandia, współtworzył wcześniej projekt Heliogabalus z samym Davidem Mitchellem) oraz Dennis Debitse (Rumunia). Niewiele zjawisk mieszczących się w formacie zespołu z gitarami zafrapowało mnie w ostatnim czasie tak bardzo, jak ta enigmatyczna załoga. „God Bless The Death Drive” to ich drugie LP – pierwsze, również wydane w Penultimate Press (śledźcie ten label/distro, naprawdę), zaburzyło mi błędnik, wrzucając do kulturowego i gatunkowego blendera, w którym czułem się jednak zaskakująco „u siebie”. Na drugim albumie Triple Negative wciąż grają coś na kształt avant-/urban- folku o punkowej, lub ogólniej, ulicznej proweniencji – tak jakby zaserwować Mississippi Records solidny zastrzyk z Flux Of Pink Indians i obserwować reakcję. I tym razem robią to chyba jeszcze lepiej. Zanim jednak o płycie – kontekst literacki, bardzo fajnie się z tą muzyką rymujący.

„God Bless The Death Drive” zostało w dużej mierze zainspirowane powieścią „Death Ship” Bruno Travena, wydaną w 1926 r. w języku niemieckim. Ta marynistyczna, a właściwie anty-marynistyczna powieść opowiada o losach człowieka, który w jednej sekundzie i bez najmniejszej winy traci w świetle prawa swoje tożsamość i przynależność, jest przerzucany jak niechciany kawałek mięsa z państwa do państwa, aż w końcu, zdesperowany, zaciąga się na tzw. statek śmierci (statki spisywane na straty, które przed zakończeniem żywota parają się zwykle nielegalnym handlem), gdzie przypada mu niewesoła, mówiąc delikatnie, funkcja trymera, czyli marynarza przerzucającego węgiel pod palenisko, obok palacza najważniejszej osoby kontrolującej puls ciała-maszyny statku.

Ten sam Traven, kimkolwiek w rzeczywistości był, napisał również powieść zdecydowanie głośniejszą – „Skarb Sierra Madre”. To bardzo smutne, że mimo popularności filmu Johna Hustona, skądinąd wspaniałego, twórczość Travena od niemal 100 lat leży na marginesie. Kilka jego książek, w tym „Statek śmierci”, zostało nawet przetłumaczonych na język polski – można je łatwo i tanio nabyć w antykwariatach. Traven doczekał się nawet treściwego wpisu na polskiej Wikipedii, ale już na Lubimy Czytać znajdziecie tylko garstkę jego czytelników. Bardzo się cieszę, że przy okazji płyty wpadła mi ta lektura w ręce – jest to jedna z najlepszych powieści, jakie czytałem, rozpalająca chęć do życia, ale i święty gniew i ostrą gorycz w przełyku. Jeśli szukaliście kiedyś książki o wielkim głodzie wolności, ale pozbawionej toksycznej męskości Henry’ego Millera, bezdennej mizantropii „Podróży do kresu nocy” Celina’a czy emocjonalnego ekshibicjonizmu „Pyłu” Johna Fantego (przy całej miłości dla wymienionych), za to żarliwie antykapitalistycznej, antybiurokratycznej, antypaństwowej, anarchizującej oraz – kolejne A – aktualnej po dziś dzień, na dodatek jeszcze we wrażliwości na los niższych warstw społecznych nieustępującej „Na dnie w Paryżu i Londynie” Orwella, to „Statek śmierci” może wpłynąć do waszego kanonu i osiąść w nim na zawsze – yes, sir.

W Triple Negative, a już zwłaszcza na ich drugim albumie, obecne są zarówno esencja myśli Travena, jak i konkretne rekwizyty jego po-etyki – uwłaczające paszporty (np. „Low Noon (All Passports Are Dirty”), statek i związana z nim nomenklatura (m. in. w pięknej balladzie, śpiewanej jakby w żałobie nad wrakiem – statku czy ludzkości – „Fine Cargo Lacquer”), duchota rodem z pracy trymera oraz wynikające z niej, ale i z podłości rozmaitych systemów organizujących człowieka, obłąkanie. Co więcej, sama załoga Triple Negative jest w pewnym sensie ekwiwalentem załogi statku śmierci – trio tworzą bowiem emigranci z różnych stron świata, walczący z materią życia z dala od domu, odcięci od korzeni (jak my wszyscy, w pewnym sensie), dla których ów statek jest jednakże wieżą Babel, czyli miejscem bulgotania języków i dialektów w jednym kotle, oraz trochę niewdzięczną, ale i kochaną, bo wspólną i bijąca w rytm ich serc łajbą, która rządzi się własnymi prawami. Wszystkie te wynotowane przeze mnie dojmujące nastroje rozładowuje więc ostatecznie sama muzyka, która, będąc cudownie swobodną, anarchiczną i prymitywistyczną, spełnia rolę szalupy ratunkowej, dzielnie dryfującej w morzu reprodukcji reprodukcji reprodukcji.

Bardzo interesujący jest również fakt, że jeśli Triple Negative wpadają w uszach w kategorię abstraktu, to tylko przez dezorientujące przeładowanie konkretu. Pod względem karnawalizacji, czyli zawieszenia wszelkich świętości, oraz trudnego do rozebrania na części zgiełku/gwaru, mogliby przypominać Caroliner, ale grają znacznie, znacznie ciemniej – złowieszczo, funeralnie i z silnie zarysowaną krytyką społeczno-cywilizacyjną (choć tej oczywiście Caroliner nie odmawiam). Triple Negative nie chichoczą i nie dystansują się wobec świata. Ich domeną jest raczej skowyt niż śmiech. Prawdą jest, że mają coś wspólnego, miejscami również w samych dźwiękach, z This Heat – antropologiczna refleksja tutaj również jest nierozerwalnie sprzężona z muzyką, wyjątkowo fizyczna. W szeregach zespołu krąży również miłość do Royal Trux, ale słyszalne jest to wyłącznie w ogólnym zamiłowaniu do dekonstrukcji. Szczęśliwie nie da się ich wyczerpać ani tymi, ani żadnym innym porównaniem. Za to literacko wyobraża się ich znakomicie – w istocie muzyka na „God Bless The Death Drive” przypomina bowiem twórczość marynarzy ze statku śmierci, którzy, łapiąc chwilę oddechu w portach, oddają się graniu, i których lamentacyjne, upojone i silnie rozproszone muzykowanie ma w sobie ten nieredukowalny znój egzystencji – wszystkie jej szarości, zmęczenia, lęki, piętna dehumanizacji oraz dudniące jak okrętowa syrena we mgle, nieuchronne MEMENTO MORI.

Największą zmianą „produkcyjną” w stosunku do „Precious Waste In Our Wake” jest fakt, że utwory mocniej wykorzystują przestrzeń, w jakiej były nagrywane. Nie licząc 3-4 kawałków (np. bardzo bezpośredniego „The Integrate”), jest tu znacznie mniej pierwszoplanowej kakofonii. Poprzednie LP, absurdalnie głośne, miejscami wręcz noise’owe właściwie włamywało się przez rozrywane bębenki prosto do głowy. Tutaj z kolei większość utworów „obserwujemy” stojąc w drzwiach dotkliwie nadgryzionej zębem czasu drewnianej stodoły, w której wydarzają się właśnie Triple Negative. To jak słuchanie taśm Alana Lomaxa, w których tak bardzo obecne są miejsce, czas i ponadaudialna atmosfera, że dźwiękowy dokument zaczyna uwalniać także zapachy, obrazy, itp. Możemy spokojnie wyczuć tutaj woń drewna przesiąkniętego dymem papierosowym i tanim alkoholem, zobaczyć zmęczone twarze przy barze i złamane życiem próby taneczne.  Nagrania zdecydowanie współtworzą cała akustyka pomieszczenia oraz upośledzenia wielośladowego rejestratora kasetowego. Dzięki temu w „Pugno Di Mosche” dźwięki perkusjonaliów przypominają krople wody w starej rurze, a w „Ice Blink” czy „See It Slay It Sordid” stoimy w obskurnej knajpie w roku, nie wiem, 1905, choć w przypadku tego drugiego anachronizmem dla tak wyobrażonej lokacji są przerdzewiałe bity z jakiejś prostej maszyny. The Cherry Blossoms, „Stoned Rehearsal” The Garbage & The Flowers, Mad Nanna, nowozelandzkie albo świeższe, göteborgowskie podziemie z „Det Finns Ett Hjärta Som För Dig ” Enhet För Fri Musik oraz Oroskällan na czele – w żadnym wypadku nie są to punkty odniesienia 1:1, ale jeśli kochacie te niedoskonałe taśmy tchnięte duszami (również niedoskonałymi), a widok naturalnie przybrudzonych minerałów jest wam zdecydowanie bliższy niż połysk diamentów, to z pewnością będziecie już wiedzieć, czy po ten album sięgać.

Fragment komiksowej, autorskiej wkładki dołączonej do „God Bless The Death Drive”

Jeszcze kwestia folkowości. „God Bless The Death Drive” to muzyka właściwie folkowa na wskroś, ale żadnej konkretnej tradycji nie małpuje i żadnej nowej również nie tworzy. Wyrasta raczej ze zgliszczy tego, co utracone. Utwór „Bad Emotional Investments” oparty jest co prawda na kompozycji Kostisa Bezosa, legendy greckiego nurtu muzyki ulicznej zwanej rebetiko, a charakterystyczny dla tej tradycji instrument, bouzouki, był wykorzystywany już na pierwszej płycie (w tym temacie polecam bardzo , oraz kompilację wspomnianego już Mississippi Records), ale są to elementy wplecione w zupełnie odmienną, bardzo współczesną, bo świadomą, ale i trudną do jednoznacznego osadzenia w konkretnym czasie estetykę. Nie da się jednak ukryć, że rebetiko, jug bandy znad Delty, trynidadzkie calypso i szereg innych, autentycznych folkowych zjawisk wypływających prosto z serca i trzewi, przenikają tę muzykę jak duchy zapomnianych budowniczych naszych kultur. Duchy, dodajmy, raczej wkurwione. Folk, punk czy awangarda – w gruncie rzeczy to tylko słowa, które, jak w przypadku Triple Negative, mogą równie dobrze (i równie źle) definiować tę samą, niepochwytną, kontestującą i wolnościową energię.

W Mississippi Records, którego katalog członkowie Triple Negative z pewnością dobrze znają, można zresztą osadzić sam zespół. „God Bless The Death Drive” posiada bowiem tę rzadką dziś jakość wygrzebanego z odmętów czasu i przestrzeni, pięknie zresztą wydanego znaleziska, które mogłoby się ukazać sumptem wytwórni – tyle tylko, że w wymiarze równoległym. Wyobrażam sobie, że wybrane utwory około roku 2050 są wybrane do składanki z serii kasetowej labelu. Jej tytuł mógłby brzmieć tak: “The Last Folk(s) on Earth: Cultural Death Ships and the Final Groans of Protest ”.

-Karol P.

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Google

Komentujesz korzystając z konta Google. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj /  Zmień )

Połączenie z %s