PPT #9: oh snap!

 

Tracklista:

  1. Ruth White – The Clock
  2. Dome – The Red Tent II
  3. The Shadow Ring – We’re Complex Piss
  4. Delphine Dora – Dans l’absence
  5. Morton Feldman – Madame Press Died Last Week At Ninety
  6. Matthew Revert – Being Small
  7. Asmus Tietchens – Poanpo
  8. Triple Negative – Fine Cargo Lacquer
  9. Pascal Comelade – Andalucia
  10. The Frightening Lights – Humankind
  11. Graham Lambkin & Jason Lescalleet – Danger Of Death
  12. Rain – Invisible
  13. Gavin Bryers – Jesus’ Blood Never Failed Me Yet

Komentarz:

  1. Ruth White, czyli jedna z pionierek elektroniki, czytająca wiersze Baudelaire’a i malująca do nich syntezatorowe tła. Flowers Of Evil to rok 1969, a mogłoby się spokojnie ukazać kilka lat temu w Kye.
    W godzinę trzy tysiące sześćset razy mija
    Sekunda szybka mówiąc Pamiętaj! – swym szeptem
    Insekta; mówi Teraz: „Oto jestem Przedtem
    I trąbą niszczycielską życie twoje spijam.
  2. Latami nie potrafiłem docenić Dome. Jak dobrze, że człowiek się jednak zmienia, chociaż tę odrobinę. Niedawne reedycje albumów Dome w tym pomogły. Całe „2” brzmi tak, jakby Natura upomniała się o swoje i skruszyła przemysłowe sny o potędze, ale „The Red Tent II” to kawałek totalny. Ponadczasowość na poziomie This Heat.
  3. Jesteśmy mali, słabi i śmiertelni vol. 1. The Shadow Ring przypominające nam o w istocie bardzo niskim zawieszeniu dumnego słowa „człowiek”. Wyizolowany ze świata, który identyfikujemy jako znany i zaufany, minimal wave, plus smutna narracja z tonącym statkiem i opłakującą marynarza wdową w rolach głównych, choć tak przecież małych – kompozycja wprost stworzona na czas kwarantanny, zwłaszcza kwarantanny wewnętrznej (parafrazując wewnętrzną emigrację). Jak wykaraskam się z, ekhm, „depresji lingwistycznej” (obszar w głowie odpowiedzialny za dłuższe wypowiedzi jest u mnie ciągle w depresji – inne ośrodki za to żyją lepiej), to dokończę duży tekst na temat The Shadow Ring – czuję, że warto tego nie spieprzyć i mimo wszystko dopiąć, bo nadal nikt o tym fenomenie w naszym kraju przekrojowo nie napisał, a i w innych językach naskrobano stosunkowo niewiele.
  4. Delphine Dora z najnowszej, zdecydowanie najbardziej dopracowanej i najbogatszej w każdym znaczeniu płyty w swoim dorobku. Czy najlepszej, tego nie wiem – na szczęście w moim sercu jest dość miejsca, by zmieścić obok siebie, bez wyróżniania, L’inattingible oraz wydane przed trzema lata Le Corps défendant, od której moja miłość do Delphiny Dory się zaczęła. O L’inattingible się jeszcze nie rozpisuję, bo na pewno będę pisał o nim osobno – jest to bowiem album o niezwykle rzadkim dziś uroku.
  5. Morton Feldman zmieścił w tej miniaturze całe życie Very Mauriny-Press, swojej nauczycielki pianina z lat dziecięcych. Główny motyw pojawia się równe 90 razy, na każdy rok życia, przechodząc od nieśmiałych początków, przez harmonijne rozkwity (z innymi instrumentami), po zamazywanie się pamięci, demencję (także demencję tonalną) i wygasanie aż do ciszy. Szczerze powiedziawszy, jeszcze do niedawna nie znałem Feldmana od strony tak przystępnej, inkluzywnej. Jestem zdania, że Feldman w ogóle jest niezwykle inkluzywny – nastrojowy, emocjonalny plus nie trzeba mieć zaplecza muzykologicznego, żeby go chłonąć wprost ze źródła – ale tutaj zawiązuje przecież tę romantyczną, idylliczną jak nucenie ptaków w parku melodię, z której niespiesznie ulatuje harmonia. To doprawdy niezwykłe opowiedzieć w jednym utworze bardzo przyziemną, pełną empatii historię człowieka, a przy okazji również zarysować historyczne przemiany muzyki współczesnej. Jak sam powiedział:
    Radical composer, they say. But you see I have always had this big sense of history, the feeling of tradition, continuity. With Mme. Press at twelve, I was in touch with Scriabin, and thus with Chopin. With Busoni and thus with Liszt. . . . They are not dead. (źródło: http://5against4.com/2017/04/10/morton-feldman-madame-press-died-last-week-at-ninety/)
  6. Jesteśmy mali, słabi i śmiertelni vol. 2. Matthew Revert to obecnie mój ulubiony twórca spoken-wordów gryzących tematy doczesne na sposób metafizyczny, surrealny, a przynajmniej bardzo niecodzienny. Uwielbiam te lonerskie rozkminy Reverta, nagrywane jakby o 3 w nocy, kiedy ciało chce spać, a umysł mieli kolejne i kolejne możliwości tego i tamtego, dorzucając jeszcze do blendera myśli czarną maź niewypowiadalnego, a nawet „niepomyśliwalnego”.
    P.S. Najwspanialszy utwór Reverta, jaki słyszałem, wrzucił na swój wspaniały kanał niejaki uuves – nie potrafię jednak znaleźć, na jakim wydawnictwie ten numer się pojawił: https://www.youtube.com/watch?v=8PjarspmZt4
  7. Asmus Tietchens, co tu dużo gadać. Dopiero raczkuję po jego płytach, ale już wiem, że ze mną zostanie.
  8. Jedni z najbardziej frapujących prymitywistów modernizmu w ostatnim czasie, czyli Triple Negative – tutaj ich najbliższy tradycyjnej piosence utwór, pochodzący z tegorocznego, drugiego już LP. Mam tę płytę, God Bless The Death Drive, w fizycznej postaci i planuję osobną, dłuższą rekomendację/recenzję/pisaninę. Straszną presję wywiera na mnie moja własna notka przedpremierowa, ponieważ spotkała się z sympatycznym odbiorem samych twórców oraz wydawcy ich płyt, Marka Harwooda, i teraz boję się, że jak się rozpiszę na ten temat szerzej to, jak zawsze, wszystko niepotrzebnie rozwodnię. Niemniej, na 100% będę się mocował, ale płyta musi zaliczyć jeszcze kilka spinów.
  9. Pascal Comelade, najbardziej chyba znany z Fall Of Saigon, ale zdecydowanie aktywniejszy był solo lub we współpracy z innymi muzykami. Ma koncie masę wydawnictw podpisanych własnym nazwiskiem, od początku lat 80. proponując różnorakie odcienie minimalizmu, od zamkniętych i chłodnych syntezatorowych eksploracji, po bardziej folkowe czy inkorporujące muzykę świata (np. Tango Nuovo). Na Irregular Organs z 1980 r. Comelade przypomina mi bardzo This Kind Of Punishment, co jest u mnie jednoznaczne z deklaracją miłości. Tutaj bodaj najbardziej elegijny utwór z płyty.
  10. The Frightening Lights – cudowny duet, który pokazał mi kilka lat temu Marek (sprawdzam, że lat temu 6 – to trochę przerażające, bo obstawiałbym 2, może 3). Dosadnie, ale i pięknie o kruchej wierze w ludzkość.
  11. Jason Lescalleet i ponownie Graham Lambkin z albumu Photographs – mojego ulubionego wspólnego albumu tych panów. Jeśli słuchaliście do tego momentu i zabolały Was uszy, to bardzo przepraszam, ale potrzebowałem tego numeru dokładnie w tym punkcie. Nie wiem dlaczego, ale jakbym wiedział, to też bym nie powiedział.
  12. Pamięci Petera Stapletona, zmarłego przed niespełna dwoma tygodniami. Warto słuchać Dadamah i The Terminals, bo to nie tylko jedne z najciekawszych zespołów nowozelandzkich, ale i jedne z najciekawszych zjawisk w okołorockowej muzyce w ogóle. Jeszcze bardziej warto jednak sprawdzić zacienione, niesłusznie zepchnięte na margines projekty z jego udziałem, zwłaszcza te jednosylabowe – Rain, Sleep czy Eye, w którym Stapleton do niedawna zresztą grał. Dużo goryczy jest fakcie, że ostatni, bardzo udany album Eye, „Other Sky” z 2016 r., można obecnie kupić fizycznie, na winylu, za 3 dolary, bo nigdy się nie wyprzedał.
  13. Oj, nie lubię ani pisać, ani mówić o „Jesus’ Blood Never Failed Me Yet„. Czuły humanizm w najczulszej postaci. Jedna z najbardziej łamiących serce i jednocześnie podnoszących na duchu kompozycji w historii muzyki wszelakiej, od początku do końca istnienia gatunku ludzkiego. Gdybym miał wybrać jeden utwór do wysłania w kosmos (chowanie w głębi lądolodu powoli traci sens), by inna cywilizacja go odnalazła i pomyślała o nas nieco cieplej, ale też i nie naiwnie, wybrałbym bez wahania właśnie ten.

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Google

Komentujesz korzystając z konta Google. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj /  Zmień )

Połączenie z %s