PPT#7: tinker tailor soldier failure

  1. P16.D4 – Inkubationskreise vs. Country Teasers – No Limits
  2. Besombes-Rizet – Rock a Montauban
  3. Svitlana Nianio & Oleksandr Yurchenko – Untitled 6 [album: Znayesh Yak? Rozkazhy]
  4. Robert Wyatt – Dondestan
  5. Laughing Hands – Four [album: Dog Photos]
  6. The Tower Recordings – The Nine Billion Names of God
  7. Philippe Doray Asociaux Associás – Dans Le Dedale
  8. Henning Christiansen – Der Tod Ist Hinter Mir
  9. Emmanuelle Parrenin – Plume Blanche, Plume Noire
  10. Claypipe – A Daylight Blessing
  11. Biota – More Silence
  12. The Shadow Ring – Put The Music In Its Coffin
  13. H.N.A.S. – Bobbejaanland

Komentarz:

1. P16.D4 oczywiście nigdy nie nagrali numeru z Country Teasers. Śmieje się trochę autotematycznie z naszych audycji, bo na przestrzeni dwóch miesięcy i Marek, i ja wrzuciliśmy w swoje odcinki „No Limits” (uznajmy ten numer za oficjalny hymn PPT). Składając aktualny odcinek, wybrałem „Inkubationskreise” na wstęp i bit tak mi się skojarzył z rytmiką „No Limits” (to chore, wiem), że musiałem skleić ten failed-mashup.

Samo P16.D4 to zdecydowanie jedno z moich ulubionych zjawisk w muzyce industrialnej. Nie jestem specem od gatunku, ale coś tam już słyszałem i jestem pewien, że P16.D4 należą do ścisłego topu zespołów, które szperały najszerzej i najgłębiej. Zwłaszcza na „Kühe in ½ Trauer” oraz „Distruct” – ten drugi nagrany został kolektywnie, przez dokończanie fragmentów nadsyłanych przez innych, kluczowych dla sceny twórców (m. in. Nurse With Wound, Smegma, Nocturnal Emissions, Tödliche Doris czy nawet młodziutki Merzbow) – można o tym poczytać tutaj. Pod względem kreatywnego podejścia do materii dźwiękowej równali im się chyba tylko H.N.A.S, o których na końcu.

2. Na płytę „Pôle” duetu Philippe Besombes i Jean-Louis Rizet trafiłem dzięki Grahamowi Lambkinowi. To właśnie prawie 20-minutowa kompozycja „Armature Double” była jedną z dwóch słuchanych przez Lambkina i Adris Hoyos w aucie, które to słuchanie słuchania zaowocowało wydaniem tego albumu. Zresztą drugi nasłuchiwany kawałek, „3000 Miles Away” Philippe’a Granchera, pochodzi z tej samej wytwórni – Pôle Records.

Lambkin, co niektórych może zaskoczyć, był i jest przeogromnym fanem progu. Wystarczy zerknąć do Dusted Magazine na „Listed” z jego udziałem (nie mogę zlokalizować na samym Dusted, ale dobra dusza wrzuciła listę na RYM). Van der Graaf Generator to nie moja para kaloszy, ale za „Mice and Rats in the Loft” (Jan Dukes de Grey) i przede wszystkim całe ZNR (znałem z listy Nurse With Wound, ale Lambkin przypieczętował) jestem mu dozgonnie wdzięczny. ZNR to zresztą, obok np. The Fall circa „Dragnet” („Spectre vs. Rector”), jedna z kluczowych inspiracji dla The Shadow Ring, co słychać np. tu.

Ale do sedna -„Rock a Montauban” jest na „Pôle” kawałkiem najkrótszym, najprostszym i jedynym rock’n’rollowym. Besombes i Rizet machnęli go sobie z pewnością na boku, w przerwie od bardziej zajmujących eksploracji świata syntezatorów. Ale choć kawałek jest jajcarski – w duchu „Sad Skinhead” Faust – jest przy tym również bardzo kreatywny (jak i piosenki Faust). Przejście między refrenami od 1:27, gdzie numer przez chwilę brzmi jak Velvet Underground plus syntezatorowe glosolalia, jest fantastyczne. No i trochę Jonathan Richman vibes.

3. Kawałek z archiwalnego albumu wydanego w tym roku przez Night School – „Znayesh Yak? Rozkazhy„. Svitlana Nianio na pewno znana jest tym, którym mówi coś nazwa Cukor Bela Smert. Czołowa reprezentantka ukraińskiej Novaya Scena większość albumów, zarówno z CBS, jak i solowych, wydała sumptem polskiego Koka Records (polecam się zagłębić – ukraińska folklorystka, jaką selekcjonował ten label, to zdecydowanie jeden z tych rzadkich impulsów, od którego człowiek momentalnie kwitnie). Z Oleksandrem Yurchenko Nianio nagrała dwa (więcej?) wspaniałe albumy w latach 90. – „Znayesh Yak? Rozkazhy” było jednak zagubione w czasie i szczęśliwie do nas z tego bezczasu wróciło. Trudno o folk prawdziwszy, a jednocześnie tak uniwersalnie pociągający. Chyba tylko nasz wspaniały Księżyc można z tą twórczością porównać.

4. Fakt, że poznałem „Dondestan” całkiem niedawno, uświadomił mi, że muszę koniecznie nadrobić Roberta Wyatta. Nie wiem, czy Wyatt nagrał kiedykolwiek podobny kawałek i czy zrobił to ktokolwiek inny. Mózg nie wie za bardzo, za którą ścieżką tej piosenkoidy podążać – skoczną dziecięcą przyśpiewką na niełatwy temat (Palestyna), zaprawioną pseudoefedryną i nakręcaną surrealną perkusją (również surrealnie dobrą), czy może za tym mesmerycznym syntezatorowym dronem, który próbuje zassać wszystko od spodu i wypluć statyczny bezkształt (co mu się w końcu udaje). Bardzo subtelnie zaprojektowane totalne osłupienie.

5. “Dog Photos” Laughing Hands spokojnie mogłoby zostać nagrane wczoraj. Na pewno tak myśleliście. Laughing Hands to zespół raczej enigmatyczny i takim go zostawmy.

6. The Tower Recordings to jeden z moich ulubionych kolektywów free-folkowych, a w dodatku jeden z najbardziej przystępnych (zwłaszcza wspaniałe „Furniture Music for Evening Shuttles„). W składzie na stałe grały lub przewijały się przez niego takie nazwiska jak Matthew Valentine, P.G. Six, Samara Lubelski, Dean Roberts (Thela, Autistic Daughters, White Winged Moth, a dosłownie przed chwilą nagrał swój drugi solowy album) czy Tim Barnes (gość bębnił przez trzy lata w Silver Jews).

7. Tej płyty nie poznałem za sprawą Lambkina, ale to Lambkin wyczulił mnie, by wszelkie avant-progowe twory z Francji, zwłaszcza z lat 70. i 80., od razu sprawdzać. W tym roku ukazały się dwa wznowienia Philippe Doray Asociaux Associás. Polecam zwłaszcza album drugi, „Nouveaux Modes Industriels” – minimal wave goes maximum dada, delirium rodem z Suicide i generalnie masa kreatywnego lub/i zabawnego szaleństwa.

8. Z nowej kompilacji dwóch archiwalnych dzieł Henninga Christiansena – „Peter der Große” (1986), nagranego dla niemieckiego słuchowiska radiowego, oraz „Gudbrandsdal” (1987), pomyślane do występów z Josephem Beuysem. Kawałek pochodzi z drugiego dzieła. Chciałbym napisać coś więcej o Christiansenie, ale czuję się za głupi. Powiem tylko tyle, że Christiansen to najbardziej swojski Pan Kompozytor, z jakim się spotkałem. Nie było dla niego terenów niegodnych eksploracji – odwrócił się od Fluxusu, bo ten był jego zdaniem ograniczający, przesadnie zafiksowany i – strzelam, jaki mógł być argument Christiansena – w swojej radykalności wylewający dziecko z kąpielą. Christiansen był niezwykle czuły na każdy rodzaj dźwięku – tych pochodzących od Natury i z otoczenia, z preparowanych instrumentów, z taśm i nie-instrumentów, itd. „Requiem of Art”, gdzie większość jego fascynacji wybrzmiewa symultanicznie, to najcudowniejsza muzyka. Kropka.

Bardzo polecam wprowadzenie do twórczości Christiansena autorstwa Marka Harwooda – właściciela labelu Penultimate Press (jednego z absolutnie najciekawszych labeli na współczesnej mapie) i bodaj największego obsesjonata twórczości Duńczyka (Graham Lambkin również na podium), od lat kolekcjonującego i wznawiającego jego archiwa.

9. Ogromne serce dla “Maison rose”. Wydaje mi się, że Parrenin to o wiele bliższy wzorzec dla wczesnej Joanny Newsom, Aine O’Dwyer czy Delphine Dory (sprawdźcie jej nowy album – na pewno będę o nim osobno pisał) aniżeli Vashti Bunyan czy Linda Perhacs (przy całej miłości) – jej folkowe poszukiwania sięgały głębiej, odrzucając ciepły sweterek miejskiej reprodukcji folkloru na rzecz floralno-kadzidlanego upojenia, które zabiera człowieka po prostu gdzieś indziej.

10. Claypipe w tytułowej kompozycji z albumu wydanego w M.I.E.. Czy ten kawałek nie jest obezwładniająco piękny? Jak przybrudzony kamień szlachetny, dyskretnie pobłyskujący w w promieniach słonecznych. Jak Bardo Pond bez prądu. Jak „Cortez The Killer” wymyślony w Nowej Zelandii. Jak grupa przyjaciół subtelnie tripująca na łonie natury. Nie przestaje mnie ten album cieszyć, od kiedy napisałem o nim 6 (!) lat temu w Zajzajerze, a więc jeszcze jako DUNGEON RIDER z mlekiem pod nosem.

11. Biota to jeden z tych zespołów, których nazwa przewijała mi się w różnych źródłach kilkukrotnie, ale długo zwlekałem z odsłuchem – mimo że znałem wcześniejsze wcielenie grupy, Mnemonists. Nie jestem fanem wszystkich albumów Bioty (nie żebym wszystkie znał), gubią mnie, kiedy uprawiają tribal ambient. „Object Holder” to jednak płyta fantastyczna, tygiel pomysłów i stylów. Neo-folk/post-industrial, ale rozbity na fragmenty, rozklekotany, skarnawalizowany, kreujący osobny świat, świetnie przy tym nagrany (żadne lo-fi). Uwielbiam też okładkę, przypomina mi lokację narysowaną na potrzeby wczesnej gry przygodowej.

12. A.K.A. „please ban music and drive it underground / so maybe when it comes back up it has a blazing sound”.

13. W podsumowaniu roku 2019 do „Bobbejaanland” przyrównywałem Brannten Schnüre – to również jest wizja miasta jako czegoś innego, może nie ogrodu (chyba, że pełnego dziwów, do których boimy się podejść), ale już z pewnością świata z drugiej strony lustra. Jest tu również ten dramatyczny sampel, wydający się pochodzić z filmu w rodzaju naszego „Znachora” (nie ironizuję, jestem wielkim fanem „Znachora”).

Hirsche Nicht Aufs Sofa założyli Achim P. Li Khan i Christoph Heeman. O tej drugiej postaci wiem nieco więcej. Współpracował z Nurse With Wound i Current 93, z którymi łączy go okultystyczna/wolnomularska otwartość na świat i dźwięki. Prowadził label Streamline, w którym wydawał między innymi Andrew Chalka, Ragnar Grippe, Little Annie, NWN, Williama Basinskiego i własne projekty. Tych ostatnich trochę miał i jest wśród nich kilka przeciekawych. Mirror w duecie z Andrew Chalkiem. Mimir z Edwardem Ka-Spelem, Philem Knightem (obaj z The Legendary Pink Dots) czy Jimem O’Rourkiem (dołączył na albumie „Mimyriad”). W Mimir z Heemanem grał również jeden z jego najstarszych współpracowników, Andreas Martin. Obok muzyki, Heeman robił absolutnie fantastyczne, wzbudzające głęboki niepokój artworki.

To właśnie z Martinem oraz Achimem Flaamem (znanym ówcześnie jego Dr. P. Li Khan) tworzyli główny trzon H.N.A.S. – zjawisko, które jest dla mnie jednym z najważniejszych odkryć ostatnich miesięcy. Zwłaszcza album „Im Schatten der Möhre” z 1984 r., na którym nie tylko dzieje się mnóstwo (tak, to zdecydowanie przykład zrodzonego w twórczym ferworze mikroświata), ale też wiele momentów wydaje się być o kilka kroków do przodu w szeroko pojętej muzyce. Albo inaczej – ten album w wielu fragmentach oszukuje czas (uczciwie mówię jednak, że nie we wszystkich – choć uwielbiam go jako całość, spora część tych industrial-kolażowych patentów to jednak bardzo lata 80.). Nie tylko „Bobjaanland” brzmi tutaj jak kompozycja przynajmniej 3 dekady młodsza – odpalcie koniecznie „Poppelsdorfer Sequenzen / Lottoglück Unt With Cannons”. W innych kompozycjach, np. w zamykającym album „Happyend Im Hofbräuhaus”, można z kolei tylko kląć, że taka wizja popu nie realizowała się częściej. No bo kto nie chciałby dziś słuchać źle zaśpiewanych niemieckich estradowych szlagierów, które próbują sabotować krążące wokół infernalne istoty?

 

 

 

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Google

Komentujesz korzystając z konta Google. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj /  Zmień )

Połączenie z %s