2019 x 2

maxresdefault

Marek

Rok 2019 był fatalny, a 2020 będzie jeszcze gorszy. W 19-tym przeleżałem w szpitalu z powodu jakiejś porąbanej bakterii, a mój młodszy dzieciak prawie zmarł na zapalenie płuc. W połowie stycznia 20-tego roku natomiast usłyszałem, że w mojej pracy będą masowe zwolnienia i ja będę ich częścią.

Pisałem bardzo mało z powodów ww. oraz dlatego, że większość uwagi (nazwijmy to) kreatywnej poświęcałem zbieraniu materiału o The Fall.

Najczęściej słuchane z 2019:

Mount Trout – Shelter Belt CS (Rough Skies)

„Australia’s full again”. Najlepsze nagranie roku 2019, najlepsze nagranie na te duszne, marne czasy.

Hygiene – Private Sector (Upset The Rhythm!)

Najnudniejszy zespół Anglii (wedle ich własnego opisu!) zrobił album nawołujący do ratowania brytyjskich kolei. Absolutnie w poprzednim zdaniu nie żartowałem. Na swojej drugiej płycie brzmią bardzo podobnie do Uranium Club.

Wild Tone CS (Helta Skelta)

The Screamers, ale z basem i facetem niesamowicie zaciągającym po australijsku na wokalach zamiast Tomaty du Plenty.

Dan Melchior – Outside In LP (Midnight Cruiser)

Melchior gra południowy blues. Duży trybut w kierunku Buddy Guya.

The World – Reddish 12” EP (Microminiature)

Najlepszy zeszłoroczny femi-punk.

Wznowienia, etc.:

Duster – Capsule Losing Contact 2CD/4LP (Numero)

Wyfrunęło ze sklepów jeszcze szybciej niż oryginalne nagrania. Na szczęście jest bandcamp. Bardzo śmiesznie się obecnie czyta teksty wszystkich dzielnych odkrywców tego zespołu.

Bardo Pond – Big Laughing Jym LP (Fire)

Bardzo potrzebne nagranie, albowiem Pondziaki z okresu 95-99 to coś nadnaturalnego, ale gdzie są wznowienia Lapsed i Amanita?

Peter Laughner Box 5LP (Smog Veil)
Jim Shepard – Heavy Action 2LP (ever/never)

Dwie bardzo istotne kompilacje nagrań dwóch bardzo istotnych mizantropów.

Country Teasers – Toe Rag Sessions LP (Crypt)

Teasers sprzed debiutu, ich pierwsza sesja nagraniowa. Fajna wersja No Limits.

The Fall – Bend Sinister The Domesday Pay-Off Triad Plus 2LP (The Arkive)

Najlepsze (pod względem wydania) wznowienie The Fall jak dotąd.

 

Karol

Najpierw refleksje natury ogólnej, prywatnej i zbędnej, których będzie więcej niż o samej muzyce:

  1. W żadnym innym roku na przestrzeni ostatnich 5 lat nie słuchałem tak wiele muzyki.
  2. W żadnym innym roku na przestrzeni ostatnich 5 lat nie pisałem o muzyce tak niewiele (plus w żadnym innym roku czynność ta nie była dla mnie tak wyssana z entuzjazmu i poczucia robienia czegokolwiek wartościowego)
  3. Znacznie lepiej nagrywało mi się składanki dla Radia Kapitał, w tym dwie poświęcone właśnie muzyce z roku 2019:
    – vol. 1: https://www.mixcloud.com/radiokapital/radio-kapita%C5%82-paznokciami-po-tablicy-3-2019-year-of-the-pignorance-2020-01-07/
    – vol. 2: https://www.mixcloud.com/radiokapital/radio-kapita%C5%82-ppt-4-2019-vol-2-the-light-that-never-ceases-to-fail-2020-01-21/
  4. Pozbyłem się już zupełnie FOMO, linearnego postrzegania i wartościowania rozwoju muzyki oraz głodu instant-zachwytu. Nie potrzebuję już naćpać się emocjonalnie jakąś świeżynką czy wskazywać na mesjaszy nowych mikro-quasi-kierunków, kiedy nic ekscytującego na dłużej niż pół sezonu w rzeczywistości się nie dzieje (w czym nie ma absolutnie niczego złego – jest już tyle form do wypełnienia indywidualną lub kolektywną ekspresją, że hej; i to z tych napięć, nie z inżynierii gatunkowej, rodzą się przecież rzeczy osobliwe i piękne).
    pekar
  5. Jednocześnie jestem najdalej od nihilizmu, jak tylko się da – po prostu nie muszę ciągle zjadać wystawnego posiłku i bardzo cenię mniejsze emocje, dyskretniejsze zafrapowania, epifanie ulatniające się powoli. True fact – nie było dnia w 2019, kiedy byłbym muzyką znudzony lub nie mógł dla siebie czegoś znaleźć, co więcej jestem przekonany, że nie zabrakłoby mi wrażeń z tej dziedziny nawet na dwa solidnej długości życia.
  6. Zauważyłem, że w bardzo dobrym tonie stało się deklarowanie, że nie słucha się już w ogóle gitar. Nie słyszałem chyba bardziej leniwego maskowania faktu, że nie potrafi się samodzielnie odróżnić świeżości od nieświeżości, więc przyjmuje się, w obawie przed weryfikacją otoczenia, tendencyjną, ale łatwą kategoryzację, wedle której gitary = zły hegemon kultury Zachodu, 0 kreatywności, „ile można” i obciach, a elektronika, muzyka konkretna i dialekty z różnych stron świata są zawsze zajebiste, WOKE, do przodu.
    R-1364502-1213212639.jpeg
  7. Bliżej końca roku słuchałem dużo Michaela Hurleya (stary facet z gitarą, nic ciekawego), ponieważ wszystko, co związane jest z jego muzyką i postacią, bardzo leczy różnorakie moje rany, braki i tęsknoty.
  8. Nostalgia jest cenna. Kultura nostalgii i przemysł nostalgii fajne nie są, ale ta głęboka, pierwotnie ludzka, niezaprogramowana i nie wywołana pobudzeniem konsumpcyjnego pragnienia nostalgia jest być może najcenniejszym dziś odruchem – i to zarówno dla przetrwania prywatnego, jak i przetrwania państw oraz planety. Serio, niczego nie mam dość tak bardzo, jak dominacji „rozwojowego” myślenia o świecie, zwłaszcza, kiedy takie hasła na prawie każdym polu proklamują także zawzięci antykapitaliści, napawający się jednocześnie wielkomiejskością i ciągłym przyspieszeniem.
  9. Oglądaliśmy z Gosią, moja dziewczyną, dużo „RuPaul’s Drag Race” i jest to póki co jedyne talent show w całym moim życiu, które oglądałem z przyjemnością.
  10. „Fleabag” i Phoebe Wallers-Bridge odnoszące tak wielki sukces komercyjny to najbardziej pozytywny i całkowicie uzasadniony hype w świecie czerwonych dywanów i wysokonakładowych pism, jaki miał miejsce prawdopodobnie od początku istnienia ludzkości. To także całkiem fajny dowód, że na jakimś poziomie wszyscy się dobrze kumamy, nawet jeśli (albo zwłaszcza jeśli) tą płaszczyzną jest komedia porażek i potrzeba od-tabuizowania życia.
    848a7dceca137c20356666ac606d0166
  11. Utwierdziłem się w przekonaniu, że Béla Tarr jest super i nie ma sensu ani się go bać, bo nie posiada się (jak ja) narzędzi filmoznawczych, ani przeintelektualizowywać (idealnie potworne słowo dla tego argumentu) celem adwokacko-asekuranckiego wsparcia filmów wyjaśnieniami. Przecież sprawa jest transparentna: tylko skończony idiota zmieniałby tak piękne, melancholijne kadry szybciej albo odwracał uwagę od ich dynamiki emocji i nastroju (statyczność/ruchomość u Tarra to kwestia perspektywy) nadmiernym przegadywaniem. Tarr jest możliwie najlepszym ćwiczeniem zanikającej uważności oraz odwykiem dla kompulsywnej potrzeby dociągania co chwilę kolejnych kresek rzeczywistości – i fakt, że wcale a wcale nie przychodzi mi to z łatwością, tylko uzasadnia potrzebę takich ćwiczeń.
    merchant3big
  12. Rainer Maria Fassbinder również jest super – kupiłem jakieś 10 jego filmów na promocji w Arrow Films i powolutku nadrabiam sobie te nieco mniej znane rzeczy. „The Merchant of Four Seasons” jest na ten przykład bardzo mocne i w swojej mocy i surowości JUŻ niezwykle zniuansowane społecznie oraz emocjonalnie – tym bardziej wspaniale, że wystarczyła do tego rama formalna rodem z taniej niemieckiej obyczajówki, i że od strony czysto technicznej nie jest to nakręcone lepiej niż wczesne filmy Johna Watersa.
  13. Super jest jeszcze to: https://radio.garden
  14. Piłem bardzo mało wódki, bo jej nie znoszę i wreszcie się z tym pogodziłem (piwo, wino, ewentualnie jäger lub gin z tonikiem, gdyby ktoś chciał mi kiedyś postawić coś w barze).
    andre
  15. Paliłem sporo trawy, bo bardzo ją lubię i wreszcie się z tym pogodziłem.
  16. Nawet na haju niemal wszystko w 2019 r. wydawało mi się kompleksowo i bezdennie wkurwiające albo smutne (nierzadko jednocześnie wkurwiające i smutne), a 2020 nie zapowiada się ani odrobinę weselej.
  17. Nie najlepiej radziłem sobie z myślami o przemijaniu. Przemijaniu własnym (młodości i tym finalnym), przemijaniu bliskich (pożegnałem w 2019 dziadka oraz rodzinnego psiaka, Cynamona, któremu chciałbym w tym miejscu zadedykować piosenkę), przemijaniu naszej zielonej planety i jej mieszkańców (przede wszystkim dzikiego życia i wszystkich braci mniejszych), przemijaniu wspomnień (bardzo szwankuje mi pamięć) oraz marzeń (zamazało mi się trochę, co chciałem/chcę robić w życiu).
  18. Jeszcze gorzej radziłem sobie z myślami, że niektóre rzeczy nigdy nie przeminą: cyniczni goście w garniakach, nadludzka konsumpcja vs. nieludzkie braki, zorganizowane grupy przestępcze (przede wszystkim te legalne, jak Kościół i niektóre partie polityczne), aktorzy na wielkich galach wzruszająco o problemach świata, U.S.A., ludzie pełni nienawiści, ludzie pełni „miłości” oskarżający o eskalację nienawiści przede wszystkim ludzi biednych i niewykształconych (chwytających się ideologii, które obiecują im namiastkę godności), aktualność mechanizmu kozła ofiarnego i generalnie wieczny powrót najgorszych fakapów historii, trwanie zjebanych systemów pomimo ich zdemaskowania, Zamek Wampirów i inne wykluczające gesty z niby tej bardziej empatycznej i wrażliwej na niuans strony politycznego sporu, Dzień Dobry TVN (a w tej synekdosze wszyscy oderwani od realiów liberałowie – widzę was tak), Filip Chajzer i inni rubaszni idioci śmierdzący gówienkiem z kilometra, wolnorynkowcy, no i nade wszystko fakt, że można tak ciągnąć bez końca.
  19. Wobec powyższego zadziwiająco OK (ni mniej, ni więcej) radziłem sobie ze stabilizowaniem doczesnego przetrwania (lepsza praca, podyplomówka, dbanie o kontakty z bliskimi ludźmi, przygarnięcie kota, ćwiczenia z odpowiedzialności, itp.).
  20. Pomimo kilku usprawnień nadal jednak zbyt często myliłem „slow life” z nic-nie-robieniem, wesołość z bezsilnością, troskę ze sprytnie maskowanym egoizmem, plany z płochymi zachciankami, a szczęście z chwilowym eskapizmem.


Ulubiona muzyka z 2019 roku:

Brannten Schnüre – Erinnerungen an Gesichter (Low Company)

Brannten Schnüre (niemiecki duet) to zjawisko, które oczarowało mnie niemal tak samo, jak dwa lata temu göteborgowskie Förlag För Fri Musik. Tutaj również mamy do czynienia przede wszystkim z urban-folkiem (miasto jako ogród), choć jest to zakładka ogromnie przepastna – można chyba jednak powiedzieć, że wszystkie urban-folkowe zespoły łączy fantazja sadzenia kwiatów na post-industrialnych placach i ucieczki z miasta w świat prostszy, ale i w ludowy sposób zaczarowany.

Albumu w żaden sposób nie wyjaśnia suma jego elementów – liczne ambientalne, zapętlone kompozycje instrumentalne, zupełnie nie działają z osobna. Całość natomiast zabiera człowieka gdzieś indziej. Rzadko kiedy album rzeczywiście gdzieś mnie zabiera. Kiedy o nim myślę, otwiera mi się w głowie cały worek niezupełnie spójnych przymiotników: florystyczny, pastoralny, mętny, niesamowity, duchologiczny, trzeźwy.

Brannten Schnüre mają wysoko rozwinięty zmysł kreowania tęsknoty za rzeczami, za którymi nigdy się nie tęskniło, które trudno jest nawet nazwać albo do-wyobrazić sobie do końca. To nie tylko ściemniały, psychodeliczny folk. Spójrzcie na okładkę. Ten album ma w sobie także esencję tego rozmarzonego spojrzenia. Również tego spojrzenia ponadczasowość i przemijalność.

„Erinnerungen an Gesichter” jest bliskie „Det Finns…” Enhet For Fri Musik, które zresztą doczekało się w tym roku drugiego pressu. Podobnie jak Sofie Herner z Neutral i EFFM, głos Katie Rich w większości utworów opiera się na melodeklamacji (a dokładniej na Sprechgesang). Język niemiecki rzadko kiedy brzmi tak pięknie i ezoterycznie (fascynująco brzmi zawsze, jestem akurat fanem tego języka). Niekiedy przebija z tych piosenek dawna, kameralna folkowa piosenka, jakie jeszcze przed wojną matki w Niemczech mogły śpiewać swoim dzieciom, zasiewając w nich tyle samo matczynego ukojenia, co nadrealności czy wczesnego, choć mocno już ontologicznego niepokoju („Wiederholungen beim Mittagessen”). Ostatnia kompozycja, „Jedes gesprochene Wort”, oparta na zapętlonym samplu rodem z dramatycznego finału filmowego, to jedyny moment, w którym ta muzyka przestaje chować się w sieni i uwalnia w pełni emocje, dotychczas przesłonięte woalem.

Wcale nie pada to również bardzo daleko od brzmień, a już na pewno od szerokiej galaktyki brzmień, w jakiej ta jest uwikłana, Carli Dal Forno. Nie dziwi mnie ani odrobinę, że to właśnie Low Company, distro i label, którego Dal Forno częścią (Sanjay, który pisze te wszystkie świetne blurby na stronie LW, to jej bliski ziomek), i które to środowisko jest niezwykle wrażliwe na takie nieoczywiste urban-folkowe nagrania, wydało opisywany album. Nagrania duetu przypominają mi też odrobinę H.N.A.S., zwłaszcza takie utwory jak „Bobbejaanland” ze wspaniałego „Im Schatten Der Möhre”.

Nie znam jeszcze wszystkich albumów Brannten Schnüre, ale z pewnością warto sprawdzić cykl o porach roku. Cykl, rzecz jasna, dokumentujący raczej subiektywną falę emocji i uczuć, zmieniających się wraz z porami roku, niż odtwarzający sezonowe krajobrazy. W skład tetraptyku wchodzą: „Aprilnacht” (wiosna), “Sommer im Pfirsichhain” (lato, wspaniały album), “Geträumt hab ich vom Martinszug” (jesień) oraz wydane niedawno, zimowe zwieńczenie, „Durch unser zugedecktes Tal”, którego nie miałem jeszcze okazji posłuchać.

Carla Dal Forno – Look Up Sharp (Kallista)

Witchcraftowy, dubowy, odurzający, minimalistyczny post-punk – właściwie należałoby powiedzieć po prostu, że to Carla Dal Forno, bo Australijka idealnie wykroiła sobie swoją niszę z rzeczy, powiedzmy to sobie szczerze, ogranych już niemal do cna w latach 80. Dal Forno potrafi jednak jak mało kto budować atmosferę z bardzo ograniczonych składników; wypuścić gęste kłęby dymu, ale jednocześnie uwieść kompozycją. W takim samym stopniu jak autorską muzykę cenię zresztą jej gust muzyczny (posłuchajcie jej audycji dla radia NTS – również kocha rzeczy z Göteborg!) oraz całościową prezencję – zajawka większa niż życie ukryta za raczej oszczędną, skromną i milczącą fasadą.

 

Triple Negative – Precious Waste in our Wake (Penultimate Press)

Itchy Bugger – Double Bugger (Low Company)

James Rushford – The Body’s Night (Black Truffle)

Monokultur – s/t (ever/never)

Mount Trout – Shelter Belt (Rough Skies)

CIA Debutante – The Landlord (Siltbreeze)

Sean McCann – Puck (Recital)

Nikt nie robi muzyki choćby zbliżonej do Seana McCanna. To taki vaporwave à rebours – zwaporyzowany jest bowiem nie Internet i new-age, a te „szlachetne”, wybitnie nie-cyfrowe gatunki jak klasyczna/klasycyzująca muzyka i poezja. „Puck” to kontynuacja drogi, jaką McCann podjął na „Music For Private Ensemble”. Nie ma tutaj wielkich rewolucji, ale ten sposób na muzykę jest nadal świeży, ekscytujący i wzruszający. Z tym wzruszaniem się, to McCann lubi jednak ze słuchaczem zagrać – w pewnym momencie tytułowej kompozycji czytany jest, wciąż głosem natchnionym odczytem poezji, fragment z Wikipedii. I to jest dopiero fantastyczny i dający do myślenia recykling.

Poetycki sound-art niezwykle spójnego (a przy tym różnorodnego) labelu Recital doczekał się zresztą osobnej strony w lutowym zeszycie Wire (wcześniej w tej samej rubryce pojawił się Mark Harwood z Penultimate Press, co również bardzo cieszy.).

Przypomnijmy jeszcze, że poza robieniem tego, o czym tu piszę, McCann mieszka w L.A. i pracuje z dźwiękiem w Hollywood. To bardzo zabawne, bo gdybym miał pomyśleć definitywny estetyczny antonim Hollywood, pomyślałbym pewnie „Recital”.

Bardzo fajny album nagrał także kumpel McCanna z L.A., Matthew Sullivan: https://mosullivan.bandcamp.com/album/matthew-2

Speedbooth – s/t CS (Spillage Fete)

Rzecz jest skonstruowana trochę jak album sampler – 18 utworów o długościach od niecałej minuty do niecałych trzech (całość trwa niecałe pół godziny), różniących się między sobą czasem tak diametralnie, jakby pochodziły z innego źródła (rzadko kiedy w pół godziny słyszy się tyle osobnych patentów). Utwory są jednak skończone w swoim niedokończeniu i choć każdy wydaje się być pomysłem, który można rozbudować, żaden z nich rozbudowy tak naprawdę nie potrzebuje. Jasne, że chętnie usłyszałbym pełne utwory oparte na niektórych motywach – „Modren Falsers” mogłoby być naprawdę niezłym numerem Dana Melchiora, a „Glintan”, jedyny utwór, w którym pojawia się głos Kevina Cormacka, zupełnie nieznanego mi spiritus movens tej kasety, wpasowałby się w klimaty The Books czy jakąś folkotronicę. Speedbooth intryguje jednak po swojemu, jak snippety z różnych lokacji kompleksowo wyobrażonego świata – jestem pewien, że gdyby te utwory towarzyszyły np. niezależnej grze przygodowej (bardzo często rzucam takie porównanie, ale bynajmniej nie mam na myśli, że muzyka potrzebuje jakiegoś dopełnienia), to ścieżka została by okrzyknięta fantastyczną. Najlepsze miniaturki Speedbooth, poza wspomnianymi: „Kirk Dodger” i “Suburban Landings”.

 

The Dead C – Rare Ravers (Ba Da Bing!)
The Dead C –
We Don’t Know Anymore (Afterhours Eden Prostitute)

Nie wydaje mi się, żeby The Dead C rozciągali dziś jeszcze granice tego, co można zrobić z muzyką rockową, ale i po co mieliby to robić, skoro nadal są na tych granicach właściwie sami. W miejscu zresztą nie stoją – do jamów, w których (jak uparcie twierdzą) nikt się nawzajem nie słucha, fani tria są przyzwyczajeni, ale gitary nigdy nie brzmiały u nich tak, jak brzmią na „Rare Ravers”. A jeśli brzmiały, to dawno, dawno temu, na albumach z końca lat 80. i początku 90., zakopane jednak w trzaskach i szumach. Wtedy zresztą The Dead C grali jeszcze piosenki. Jest więc trochę tak, że Nowozelandczycy z perspektywy tego masywnego już od paru laty free-noise’u sięgają po zapiaszczenie i dyskomfort, jakie towarzyszyły ich najwcześniejszym wydawnictwom. Sprawa jednak nie jest taka prosta, ponieważ, tak jak było to zawsze (i zespół był na to szczególnie wyczulony), nagranie nie jest w żadnym razie lo-fi’owe – wręcz przeciwnie, „Rare Ravers” jest raczej boleśnie hi-fi’owe, uwypuklając studyjnie ostre krawędzie wylametnowane z lo’fi-owych wzmacniaczy i fuzzów. Zresztą, jak zauważa Bill Meyer w recenzji dla Wire, „Staver” brzmi podobnie do „Bury”, nagranego w 1989 roku (tak, ponad 30 lat temu!).

 

„We Don’t Know Anymore” to z kolei wydany na kasecie gig z Paryża, bardzo zresztą świeży (2018). Może nie jest to „Repent”, najdoskonalszy live The Dead C, ale, cholera, ważne jest coś innego – oni nadal brzmią tutaj jak dopiero co startujący, kreatywnie błądzący w dźwięku zespół z nie-wiadomo-jakich-lat, który został nagrany przez kogoś pralką, co jednak zupełnie wystarczyło do udokumentowania tej fascynującej duchoty i bezkostności. Zobaczenie The Dead C na żywo to nadal jest żywe i mocne przeżycie, a nie otwieranie zakurzonych sarkofagów – jak się nad tym zastanowić, to The Dead C jest być może najdłużej ŻYJĄCYM zespołem.

 

Bill Callahan – Shepherd In A Sheepskin Vest (Drag City)

Bill Callahan wrócił do komponowania, w dodatku w bardzo fajnym stylu. Nie rozumiem utyskiwań na ten album. Nie ma tu bogatych aranżacji, znacznie bliżej mu do tradycyjnie pojmowanego, singer/songwriter folkowego albumu – to prawda. Ale jest pięknie. Wiele ścieżek gitar i głos Callahana. Intymnie, wystarczająco.

Callahan jest tutaj miejscami tak wycofany – muzycznie, lirycznie, czy nawet ontologicznie („What Comes After Certainty”) – że przypomina ten najintymniejszy, a jednocześnie dotykających spraw największych folk z lat 70., zwłaszcza Nicka Drake’a, do którego timbre Callahan się miejscami bardzo mocno zbliża (oczywiście ignorując kolosalne różnice osobowościowe – zwłaszcza ogromny dystans Callahana). Bardzo mi się podoba, jak wyluzowany jest to album. Nic przykrego Callahanowi do głowy nie uderzyło. Artyście, który, z pewnością zaskoczony, przebił się do nieco szerszej publiczności, mogła doskwierać presja: „ok, wracam z nowym materiałem po 6 latach od mocnego „Dream River”, muszę nagrać coś równie dużego”. Tymczasem Callahan chodzi po ziemi i w pierwszej kolejności nadal cieszy go pisanie lirycznych piosenek, zaczynających się od kartki papieru, gitary akustycznej i jego głosu. Cała reszta to opcjonalna zabudowa, której na „Shepherd In A Sheepskin Vest” zresztą wiele nie ma, nie licząc multiścieżek gitar, oszczędnej perkusji czy mieszania rejestrów i burzenia percepcji (np. głośno/cicho, szorstko/gładko, instrument/prowizorka – co przypomina w sumie trochę stare płyty Smog). „Released”, dziejące się jakby w dwóch planach – studyjnie oszlifowanego nagrania i nagłośnionego mikrofonem pojemnościowym garażu – to jeden z najciekawiej napisanych utworów Callahana ostatnich lat, w dodatku śliczny.

Jeszcze jedna kwestia – okładka. Paskudna as fuck. Bardzo spodobał mi się komentarz na Discogs: „Fuck me that’s some ugly cover art. Then I saw the back, Jesus!”. Jako fan brzydkich okładek, zwłaszcza towarzyszących albumom, których zawartość muzyczna zupełnie z nimi nie współgra, dziękuję autorce, Joannie Skumanich, za tę osobliwą fantazję. Uważam, że to wciąż znacznie lepsza okładka niż ta, która zdobi „Ghosteen” Nicka Cave’a.

 

Purple Mountains – s/t (Drag City)

David Berman targnął się na swoje życie nie po raz pierwszy. Wcześniej jednak ciemniejsze okresy pozostawały u niego w silnym związku z twórczą blokadą i można było sądzić, że jedno wynika z drugiego. Albo przynajmniej, że spełnienie artystyczne mogłoby te czarne chmury rozwiać. Fakt samobójstwa zaraz po nagraniu płyty z nowym projektem, płyty w dodatku naprawdę udanej, jest więc szczególnie bolesny. Muzyka nie ocala, ale to chyba wiemy już od dawna. Berman lata temu, parafrazując Celine’a, zaciągnął kredyt na śmierć – w 2019 r. opłacił po prostu finalną ratę.

Purple Mountains to przede wszystkim album brutalnego kontrastu. Jedne z najbardziej nagich, już nawet nie poetycko a dosłownie depresyjnych tekstów, w bogatych, rozmaszystych aranżacjach, nawet jak na Bermanowską ironię śpiewania wesoło o rzeczach dołujących. Jeśli ktoś miałby potwierdzić tezę, że prawdziwie smutne dźwięki pisze się w stanach relatywnie ustabilizowanego komfortu psychicznego, a w stanach naprawdę ciemnych i bolesnych wyrzuca się, w ramach ratowania samego siebie, raczej piosenki ładne, choć oczywiście zdradzające napięcie i popękane od bezsilności, to byłby to właśnie David Berman.

Przy okazji natrafiłem również na bloga Bermana, pisanego regularnie aż do jego śmierci. Znamienne, że większość ostatnich wpisów stanowią cytaty z Thomasa Bernharda. Obsesja na punkcie Bernharda to symptom bardzo ciemnych chmur.

Pancrace – The Fluid Hammer (Penultimate Press)

Ponownie rzecz z Penultimate Press, jednego z najbardziej fascynujących labeli na najnowszej mapie. Francuzi z Pancrace zebrali już mnóstwo laurów za poprzedni, fantastyczny zresztą album, ale tym razem nagrali coś zupełnie innego. Tak jak debiut był skończony i dopieszczony, tak tutaj jest odsłuchiwanie od kuchni, właściwie reportaż, materiał work in progress z ogrywania instrumentu zwanego Organum (preparowane organy sterowane MIDI) oraz całej gamy innego instrumentarium: uilleann pipes (odmiand dud), najprostszych syntezatorów, radia AM, zabawkowych instrumentów, Componium i więcej (Pancrace to świetni muzycy i chyba jeszcze lepsi majsterkowicze). To album pełen zarówno dogotowanych już kompozycji (wspaniałe „In The Evening”, którym otwierałem mixtape nagrany dla Enjoy Life, czy „Nothing But The Place”), surowych szkiców i dyskretniejszych prób, które grzechem byłoby jednak jakkolwiek zmieniać (niezwykłe, a przecież tak maleńkie i prymitywistycznie funeralne „Incipit Lamentatio”, które mogłoby znaleźć się na tych albumach A Handful Of Dust z klawiszowymi eksperymentami Alastaira Galbraitha), wreszcie drobniutkich didaskaliów. „The Fluid Hammer” jest nie tyle albumem powstałym z okiełznania nowego instrumentu, ile raczej zapisem procesu jego okiełznywania, wraz z towarzyszącymi temu procesowi entuzjazmem, ciekawskim błądzeniem, mniejszymi i większymi objawieniami. To nie jest album zamknięty i dopieszczony, za to inspirujący niemal na całej długości (a wypełnia bite 2LP). Pomimo mojego ciepłego uczucia względem „The Sacrificial Code” Kali Malone i „Chords” Ellen Akrbro, to są dla mnie najbardziej unikalne i jednocześnie najbardziej wiążące emocjonalnie kompozycje z organami, jakie słyszałem w tym roku

 

Alex Twomey – The Entertainer

Maciej Wirmański – Odgłosy kotłowni oraz pralni (Szara Reneta)

Letha Rodman Melchior – Mare Australe (Feeding Tube)

Matthew Revert – The Honey Dodger (Hermes)

DJ Nabuchodonozor- mUZA dO kICHANIA (glamour)

Private Anarchy – Central Planning CS (Round Bale)

GONG GONG GONG  幽靈節奏 = Phantom Rhythm (Wharf Cat)

Skiftande Enheter – Single Sided LP


ŚWIETNE płyty, o których nie mam czasu niczego naskrobać:

Wojciech Rusin – The Funnel (Akashic)
Oroskällan – Oroskällans musikaliska resa i tro, missmod och fantasi (Förlag För Fri Musik)
Shots – Private Hate (Careful)
Anadol – Uzun Havalar (Kinship & Pingipung)
Slender – Time On Earth (LVEUM)
MIAUX – Black Space White Cloud (Ultra Eczema)
75 Dollar Bill – I Was Real (Thin Wrist)
Idea Fire Company – The Light That Never Ceases To Fail (Swill Radio)
Richard Youngs & Raül Refree  – All Hands Around the Moment (Soft Abuse)
Mosquitoes – Vortex Veering Back to Venus (Feeding Tube)

Najfajniejsze wznowienia/kompilacje:

Marnie Weber – Songs Hurt Me 9 (Discos Transgénero)
Entlang – The Four Sisters (Rose Hobart)
19 Gadi Pirms Sākuma ‎– 19 Years Before The Beginning
Ake Hodell – Brainwash & Other Works (Fylkingen)
Masayuki Takayanagi New Direction Unit ‎– April Is The Cruellest Month (Blank Forms)
Algebra Suicide – Still Life (Dark Entries)
V/A – A Low Tides Rising… (Explorations Around the Theme of New Zealand Acoustic Music) (Fördämning Arkiv)
Yoran – Montparnasse (Camisole)
Peter Laughner – Box Set
Thuja – Hills (Rose Hobart)
Peter Jefferies – Last Ticket Home
Jim Shepard – Heavy Action
A Handful Of Dust ‎– The Eightness of Adam Qadmon (Ikuisuus)
Toshiya Tsunoda ‎– Extract From Field Recording Archive (ErstPast) <- FAN-TA-STYCZ-NA kompilacja nagrań najczulszego z field-recorderów
Country Teasers – Toe Rag Sessions (Crypt)
Various ‎– Vanity Box (Vanity Records)
Idea Fire Company – The Island Of Taste (Fördämning Arkiv)
Reynols – Minecxio Emanations 1993-2018 (Pica Disk)

 

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Google

Komentujesz korzystając z konta Google. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj /  Zmień )

Połączenie z %s