Paznokciami po płytach #1: The Stooges – Fun House

The Stooges
Fun House
1970

1. Z tego co pamiętam zostałem uświadomiony w jednej z pierwszych klas podstawówki. Na przerwie między lekcjami kolega Mariusz przejętym głosem spytał mnie czy wiem skąd biorą się dzieci. Nie byłem pewien, więc Mariusz dał mi krótki wykład i natychmiast sobie poszedł by swoją wiedzę przekazać innym. Moja reakcja była dla mnie samego dość dziwaczna – pomyślałem, że to bardzo logiczne. Słyszałem o komórkach żeńskich i męskich (oglądałem naprawdę sporo telewizji), to tylko dopełniło obrazka.

2. Po latach okazało się, że wykład Mariusza nie był bardzo precyzyjny. Przekręcił kilka aspektów i kilka pominął.

3. Zapewne przekręcę sporo aspektów tej historii i sporo pominę. Ale to też prostsze niż wytłumaczenie seksu – to tylko rock’n’roll, sztuka liczenia do czterech.

4. Don Gallucci rozumie r’n’r. W 1963 gra na klawiszach w the Kingsmen, nagrywa z nimi bodaj najsławniejszą wersję Louie, Louie. W końcówce lat 60-tych jest już inżynierem studyjnym pracującym dla wytwórni Elektra. We wczesnych miesiącach roku 1970 zostaje wysłany do Nowego Jorku by obejrzeć koncert czterech młodziaków z Detroit. Kwartet nazywa się The Stooges, mają już na koncie jeden album, ale nikt w Elektra Records nie rozumie dlaczego nadal marnuje się na nich pieniądze. Tylko wiecznie nawalony Danny Fields, „uliczny” skaut labelu, przekonuje wciąż wszystkich, że to nowa jakość w muzyce gitarowej. Ich renomie nie służy też fakt, że kontrakt dostali po znajomości – koledzy (sąsiedzi praktycznie) z MC5 polecili Fieldsowi Stooges jako pierwsi i później praktycznie wybłagali ich umowę z wytwórnią przy podpisywaniu własnej.

5. Nowojorski występ jest przedziwny – wokalista zamiast śpiewać głównie krzyczy, oblewa się gorącym woskiem i tarza po scenie. Reszta muzyków jakby w kontraście rusza się rzadko i niemrawo, mocno skupiają się na swoich instrumentach, choć żaden z nich nie jest, delikatnie mówiąc, wirtuozem. Muzyka jest bardzo prymitywna. Gitarzysta w kurtce ozdobionej nazistowskimi medalami gra głównie najprostsze power chordy, braki w technice przykrywa efektem wah-wah i podkręceniem głośności na stuwatowych Marshallach. Sekcja rytmiczna to pozbawiony mimiki perkusista w okularach przeciwsłonecznych i basista o długich rudych włosach w dżinsach prawie spadających mu z bioder, jakby miał kieszenie pełne ołowiu. Obaj zupełnie nie umieją improwizować i momentami brzmią wręcz amatorsko. To ogromny kontrast z resztą ówczesnej sceny rockowej – Claptonowi i Hendrixowi w zespołach akompaniują jazzmani, a tu czterech wymoczków z Ann Arbor założyło zespół zanim jeszcze potrafili grać na czymkolwiek.

6. To w zasadzie tylko pozory – praktycznie cała czwórka ma doświadczenie sceniczne, prawie wszyscy wcześniej grali w różnych lokalnych zespołach. Największym talentem i najbardziej znanym nazwiskiem jest oczywiście wokalista – James Osterberg. Wcześniej grał na perkusji w The Iguanas, stąd przydomek Iggy. Do tego dochodzi przykry wypadek pirotechniczny w skutek którego Osterberg stracił brwi i od tej pory będzie podpisywał się jako Iggy Pop. Pop ma największe doświadczenie instrumentalne i zdecydowanie najlepiej w zespole zna się na bluesie, ale w Stooges próbuje czegoś innego – łapie za mikrofon. Na gitarze gra Ron Asheton, wcześniej z The Prime Movers i The Chosen Few. Niemieckie mundury i medale drugowojenne, o których wspominałem w poprzednim akapicie to pamiątka po jego ojcu, lotniku w Marine Corps. Przy perkusji zasiada jego młodszy brat, Scott, znany pod szumną ksywą „Rock Action”. Scott Asheton jest znacznie słabszym technicznie perkusistą niż Pop, ale w ich muzyce nie robi to specjalnej różnicy. Skład dopełnia Dave Alexander – małomówny i zatopiony w sobie, wbrew całej reszcie zespołu uwielbiający The Beatles i całą resztę „brytyjskiej inwazji”. Cała czwórka trzyma się razem od młodzieńczych lat, wychowali się niedaleko siebie, znają swoich rodziców. Od 1968 roku mieszkają w komunie na przedmieściach Detroit – rozpadającym się domu, który pieszczotliwie nazywają Fun House. Sprowadzają tam dziewczyny, zapraszają innych muzyków (głównie MC5 i Jamesa Williamsona), piją i przyjmują różne substancje.

7. Don Gallucci zostaje wezwany do biura Jaca Holzmana, szefa Elektry. Na pytanie co sądzi o The Stooges odpowiada mniej więcej tak:
– Unrecordable. It’s an interesting act but I don’t think you can get this feeling on tape.
Kładzie przy tym mocny akcent na słowo „act”. Jac Holzman uspokajająco klepie go po ramieniu i mówi, żeby się pakował. Leci do Los Angeles. Dostaje dwutygodniową sesję w nowym studio Elektra Sound Recorders. The Stooges mają z tej sesji wykroić swój drugi album.

8. Tymczasem Stooges nie chcą żadnych producentów. Są zawiedzeni brzmieniem swojego pierwszego albumu. Pewnie, nagrywał ich sam John Cale, pomógł nawet w kilku aranżach, ale zespół momentami dał się mu zupełnie zdominować. Ron Asheton przyniósł do studia jeden z najlepszych riffów w historii, I Wanna Be Your Dog – gdzieś tam na samych wyżynach, obok Spoonful i Satisfaction – a na nagraniu Cale przykrył go dzwonkami i pianinem grającym jedną nutę! Iggy Pop wkurza się i wymusza remiks, z nagrania znika pogłos, ale efekt jest prawie identyczny, gitara nadal jest bardzo wygładzona, zespół nie brzmi tak hałaśliwie jak na żywo. Przemiksowują w ten sam sposób cztery kawałki – całą stronę A poza We Will Fall (który też jest, swoją drogą, produkcją arcy-Cale’owską) i zamykający całość Little Doll. Nikt tego specjalnie nie docenia, album zbiera marne recenzje i sprzedaje się słabo.

9. Po przyjeździe do LA Gallucci postępuje w najlepszy możliwy sposób. Postanawia, że nie bedzie nic produkował, po prostu nagra występy The Stooges w studio, chce uchwycić ten „act„. Rozstawia wszystkich instrumentalistów jak na scenie, Iggy Pop dostaje mikrofon podpięty do małego wzmacniacza. Wszystko na taśmę z mikrofonów trafia „na setkę”, jak czasem mówią muzycy. Iggy tańczy i drze się przy nagrywaniu dokładnie tak jak na koncertach, a reszta zespołu reaguje na jego wygibasy. To po prostu występy bez publiczności.

10. Materiał już jest. Cztery nowe kawałki były wcześniej wprowadzane do ich setów koncertowych, mają je nieźle wyćwiczone. Stooges są w studio znacznie lepiej przygotowani niż rok temu. Dawali w międzyczasie tak dużo występów, że wreszcie nauczyli się grać.

11. Każdego dnia pracują nad innym kawałkiem. Zaczynają od 1970. Pomiędzy kolejnymi podejściami Ron improwizuje riff, z którego powstanie Loose (do ostatecznej wersji dotrą po dwudziestu ośmiu próbach). Down on the Street wymaga piętnastu podejść – z początku mocno szwankuje tempo. W drugim tygodniu nagrań do studia trafia saksofonista Steve Mackay, będzie potrzebny na kawałku tytułowym i 1970. Mackay ma 21 lat, kocha free-jazz i prawie zawala swoje uniwersyteckie egzaminy by grać na tej sesji.

12. Album nie ma żadnego wstępu. Ron Asheton po prostu przesuwa palcem po strunie E i zaczyna grać prosty riff w tempie powolnego spaceru. Down on the Street ustala klimat i styl całego albumu – to rock w gruncie rzeczy minimalny, nie tak przesadzony jak wspomniane wcześniej MC5, Grand Funk Railroad (vide: album Live) czy Blue Cheer (debiut). Fun House to praktycznie sześć riffów rozłożonych na tyleż kawałków plus wieńcząca całość improwizacja. Do tego jest to rzecz bardzo perkusyjna, nawet gitara zdaje się bardziej „wystukiwać” motywy, niż składać umiejętnie akordy (tym akurat zajmie się James Williamson na ostatnim albumie Stooges).

13. Czytałem opinie, że album powinien zaczynać się od TV Eye, ale nie mogę się z tym zgodzić. Down on the Street musi (powtarzam: musi) otwierać pierwszą, „uliczną” stronę płyty. W trzech pierwszych kawałkach najistotniejszy jest ich nerwowy ruch, puls, krok. Wszystkie stopniowo przyspieszają, aż dojdą do spadku, o którym piszę w następnym akapicie. Down on the Street zawiera jeden z bodajże dwóch overdubów na całej płycie – solo gitarowe Ashetona. Żeby było ciekawej solówki są tak naprawdę dwie, ale puszczone jednocześnie.

14. Scott Asheton i Dave Alexander piszą Dirt – najwolniejszy kwałek na całym albumie, najbardziej też osobisty. To piosenka o dolnych regionach egzystencji. Stooges myślą, że na samo dno trafili w zeszłym roku. Tymczasem upadek dopiero się zaczyna – w Los Angeles po raz pierwszy spróbują heroiny. Fun House sprzeda się w żałosnej liczbie egzemplarzy i Elektra natychmiast po premierze zerwie kontrakt z zespołem. Dave Alexander przesadzi z używkami i wyleci ze składu, zapije się na śmierć pięć lat później. Zespół rozpadnie się i Iggy Pop wyjedzie do Londynu.

15. Ale w momencie kiedy w przerwach w nagrywaniu cały zespół popala substancje i wtłacza sobie różnorakie rzeczy w żyły nic tak naprawdę nie ma znaczenia i najlepszym tego wyrazem jest LA Blues zamykający cały album. To żaden blues, ale czysty noise – atonalna, amuzyczna improwizacja. Walenie w dwie perkusje, gitarzyści sprzęgający gitary i Mackay wywalający płuca na saksofonie. Ron Asheton później będzie opowiadał, że ten kawałek jest ukłonem w stronę Coltrane’a i Pharoah Sandersa.

16. Nikt tego nie zrozumiał. Publiczność nie była przygotowana na coś takiego, punkowych kodów kulturowych jeszcze praktycznie nie było, nikt nawet nie wiedział jak się zachować na ich koncertach gdy Iggy skakał w tłum. Ale czego się też spodziewać? Fun House to album skrajnie radykalny, nie dało się z niego wykroić nawet żadnego singla, choć zachowały się skrócone wersje Down on the Street i 1970. Na tym pierwszym Gallucci gra na klawiszach. Jakby w nadziei, że to wszystko jakoś ugładzi, umuzyczni i choć jeden kawałek będzie mógł trafić do radia.

17. Nie trafił.

18. Stooges nigdy nie polubili Gallucciego, choć gość jako jedyny podówczas faktycznie zrozumiał ten zespół. Może im się źle kojarzył? Fun House zebrał słabe recenzje. Robert Christgau (w tamtych czasach posługujący się wyrażeniami typu „Hendrix is a Negro from Seattle”) zjechał album zupełnie by po latach tłumaczyć się jego nieprzystępnością. Lester Bangs poświęcił Fun House cały esej pt. Of Pop & Pies & Fun, w którym zastanawiał się czy album faktycznie lubi i czy da się go w ogóle lubić.

18. Ja też się nad tym zastanawiam. Nie wiem ile w moim podejściu do Fun House jest ciepłych uczuć, a ile respektu połączonego z takim lekkim przestrachem towarzyszącym spoglądaniu na coś ogromnego i niemożliwego do ogarnięcia. Jestem jak małpa z początku 2001: Odysei Kosmicznej, która stoi przed przesłaniającym słońce monolitem. To nie jest najlepsza metafora, ale będę ciągnął ją dalej: tak jak w książce Arthura C. Clarke’a czarny monolit pomaga małpom ewoluować, tak Fun House był początkiem czegoś nowego, choć efekty dało się zauważyć dużo później.

19. Pamiętam, że kiedy jako nastolatek zaczynałem układać w głowie swoją historię rock’n’rolla (każdy młodociany fan tak chyba ma), to zawsze dziwiła mnie wielka wyrwa w miejscu, gdzie miały łączyć się rzeczy typu The Scientists, Chrome Cranks i Brainbombs. To była garażówka w średnich tempach, zawsze w jakiś sposób seksualna, ale rzadko seksowna, często opierająca się na jednym riffie granym w kółko. Wszystkie te zespoły grały w innym momencie, wszystkie na różnych kontynentach, ale coś je łączyło. „To musi być gatunek, którego nazwy po prostu jeszcze nie znam” – tak sobie to tłumaczyłem. Dlatego też kiedy po raz pierwszy usłyszałem Fun House poczułem się dokładnie tak samo jak po wykładzie Mariusza, o którym wspominałem we wstępie. Ten album wyjaśnił mi praktycznie wszystko.

20. Mam w domu trzy kopie tego albumu: 2CD, brytyjskie wydanie 2LP (trochę trzeszczy) z 2005 i pojedynczy pomarańczowo-czerwony winyl z zeszłego roku. Nie potrafię nawet powiedzieć dlaczego – nie mam żadnych osobistych koneksji z tym albumem, żadnych wspomnień z moich początków kolekcjonowania płyt.

21. Bo i skąd miałbym mieć? Usłyszałem Fun House na studiach, kiedy już prowadziłem bloga o muzyce. Stooges (a już Fun House w szczególności) w Polsce nie ma, ich kawałki nie były (i nadal nie są) grane w radio, nie pisze się o nim w żadnych tekstach krytycznych. Wszyscy znają I Wanna Be Your Dog i kilka kawałków z Raw Power. Drugi LP natomiast w powszechnej świadomości praktycznie nie istnieje.

22. Nie żeby na Zachodzie było z tym lepiej. Fun House jest albumem olewanym zupełnie lub czytanym na opak. Simon Reynolds podchodził do rzeczy bardzo freudowsko i pobieżnie – miała to być płyta symbolizująca stosunek seksualny, gdzie każdy kawałek opisuje kolejne tegoż stosunku etapy. Reynolds operował stereotypami: „The Stooges aren’t just rockist, they’re cockist.” Choć nie był w tej mierze najgorszy, na łamach Popmatters Mendelsohn z Klingerem swoją krytykę zaczynają zdaniem (uwaga!): „It’s certainly no surprise to me why critics would be so taken with the Stooges” hahahaha!.

19.
Maggie-Bell

20. A Reynoldsa pięknie skontrował na łamach LARB Derek Nystrom. Wskazał tam też bardzo interesujący fakt „queerowości” Stooges. Ich piosenki mają ogromny ładunek seksualny, który jest jednocześnie ambiwalentny, zdecydowanie nie machistowski. Nie jest to tryumf samca, raczej jakieś pokątne zabawy. Iggy i cała reszta zespołu jest „lost in love”, jak słychać w pierwszym kawałku.

21. Swoją drogą, Reynolds i Christgau to chyba królowie pobieżnej krytyki.

22. Żeby zrozumieć dlaczego Fun House przemknął w tzw. powszechnej świadomości tak niepostrzeżenie należy użyć jedynego narzędzia krytycznego w orężu takiego idioty jak ja: komparatystyki. Oto ostatni album Stooges, Raw Power, to rzecz natychmiastowa, przesadzona, uderzająca od samego wstępu, pełna vis vitalis, ale jednocześnie skrywająca pod powierzchnią znacznie mniej niż Fun House. Aura nerwowej seksualności będzie się tam pojawiała (np. I Need Somebody), ale to już inne kredki. Inny też gitarzysta, zresztą – Williamson (nieświadomie jeszcze wtedy) będzie trzaskał stricte punkowe riffy, które masowo podbierać będą (głównie) brytyjskie zespoły od 1977. Zwróćcie uwagę, że kiedy na końcu Gimme Danger, dokumentu o The Stooges autorstwa Jarmuscha, pojawi się montaż punkowców grających kawałki Stooges, to żaden z nich nie będzie pochodził z Fun House.

23. Teraz należałoby wyjaśnić do czego zmierzam podkreślając przez pół powyższego tekstu niepopularność polecanego albumu. Jasne – popisuję się i wiadomo – wyodrębniam się sam (sam się) w ten sposób pokazując, że lubię rzeczy nie lubiane przez innych, ale mam jeszcze inny motyw. Otóż był jeden kraj, w którym Fun House zdemolował lokalną scenę rockową – Australia. Jakimś cudem jednoriffowe kawałki o nieszczęśliwym życiu i przypadkowym seksie niezwykle przypasowały mieszkańcom tej wyspy o rekordowo niebezpiecznej faunie i florze oraz rekordowym współczynniku mieszkańcy/owce (z wyłączeniem Walii).

24. W tym miejscu wyobraźcie sobie, że rysuję koślawy wykres: mamy Radio Birdman, którzy swoją nazwę zespołu wzięli ze źle usłyszanej linijki „radio’s burnin’ up above„. Zaraz potem The Scientists przerabiający ten typ brzmienia na swój swamp-rock. Później N. Cave i spółka z The Birthday Party (She’s Hit na ten przykład to Stooges+goth teatr). Płyty australijskie trafiają do amerykańskich i europejskich słuchaczy i pojawiają się kolejno: Scratch Acid, Cheater Slicks, Chrome Cranks, Brainbombs, etc. Mamy oddzielną odnogę, to jest właśnie ten mój wspomniany wcześniej mikrogatunek.

25. Przez to Fun House jest czymś w rodzaju sekretnego pozdrowienia. Jeśli rozmawiasz z kimś o muzyce gitarowej to zawsze w końcu zejdzie na Stooges i wtedy cała kwestia w tym, co usłyszymy. Jeśli pojawi się Fun House to już wiadomo, że rozmówca się przez kilka właściwych półek przekopał, albo kliknął kilka odpowiednich linków.

26. Chciałem jeszcze dodać, ponieważ nie widzę gdzie tę obserwację miałbym wcisnąć w akapity powyżej, że Fun House ma w sobie aurę małomiasteczkowego nihilizmu – jutro mogłoby równie dobrze nie być. I nie chodzi mi o takie górnolotne uczucia egzystencjalnej grozy poparte głęboką refleksją, ale raczej wyraz ekstremalnego znudzenia czwórki młodziaków z Ann Arbor. Raw Power będzie pełen energii (jak wspominałem wyżej – życiowej), natomiast w praktycznie każdy kawałek na FH jest wpisana tragedia, która tak w gruncie rzeczy nikogo nie rusza i w żaden sposób nie dziwi. To prawdopodobnie kwestia (zasługa?) powolnego staczania się w nałogi, które towarzyszyło całemu zespołowi przy nagrywaniu FH.

27. I choć na RP znajdzie się kawałek pt. Search and Destroy to nic w kwestii destrukcji nie dorówna LA Blues.

28. Nie wiem, nie potrafię pisać o arcydziełach. Nie jestem zadowolony z tego tekstu. Fun House ma w sobie jakiś mrok, który można znaleźć na debiucie, a który zastąpiła agresja kiedy gitarę przejął Williamson. Nie piszę tego by późniejszej ery zespołu pomniejszać, I Got A Right to siedmiocalówka wręcz legendarna. Nie da się bez znajomości tego kawałka pisać o rocku, „My wszyscy z Niego”, etc. Natomiast w Fun House uwielbiam chyba właśnie to, że są to jakieś wrota do tej słabiej opisanej, mniej uczęszczanej części muzyki gitarowej. Tych wszystkich zespołów z podłych spelun, zbyt ciężkich na radio, ale gardzących metalem i jego otoczką. Wszystkich czcicieli Tłustego Riffu, brzmieniówek i płaczących facetów.

29. Nie wiem, nie umiem.

30. Jeszcze optymistyczny akcent na pożegnanie: wszyscy ludzie związani z tworzeniem tego albumu nie żyją. Został tylko Iggy Pop, wszystkie informacje i wspomnienia płyną od niego. To jego posadzono przed kamerą w dokumencie Jarmuscha. To niefortunna sytuacja, ponieważ Pop po rozpadzie zespołu przez bardzo długi czas nie był wobec Stooges w porządku i sporo na ich temat kłamie. W Londynie gdy miał nagrywać z Davidem Bowie Raw Power najpierw próbował werbować do zespołu ludzi z castingu, by później łaskawie pozwolić Ashetonom wrócić do składu. W adnotacjach do wznowienia Raw Power z 1997 roku napisał, że reszta Stooges mogła mu co najwyżej buty czyścić i to jemu powinni być wdzięczni za sukces zespołu. W Please Kill Me opowiadał bajki o pisaniu kawałków na Fun House w środku nocy, co miało doprowadzić do jego pierwszego rozwodu. Rozumiem, że gość chce podtrzymywać swoją legendę, ale na dłuższą metę wcale nie musi.

32. Choć z drugiej strony…

2 myśli na temat “Paznokciami po płytach #1: The Stooges – Fun House

  1. ja np fun house poznalem najwcześniej i znam najlepiej ze względu na najwyższą ocene z płyt stooges na rymie (na teraz 12,652 głosy). depeche mode mialo też fajny cover dirt XDPOZDRO PIERWSZY

    Polubienie

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Google

Komentujesz korzystając z konta Google. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj /  Zmień )

Połączenie z %s