3/4

tawaraya2
[art: Tetsunori Tawaraya]

Tak, tak, długo to trwało i nie mam nic, absolutnie nic na swoje usprawiedliwienie. Wakacje, a więc zachłanne spijanie nektaru życia na zmianę z dziegciem depresji i braku wiary w siebie. Jak widać jednak poniżej – chociaż nie było pisane, to było słuchane. Kilkadziesiąt rekomendacji wydawnictw z ostatnich trzech kwartałów, a w rzeczywistości z przestrzeni kilku dekad – wszak to nie płyty mają datę ważności, lecz pomysły. Idąc tym tokiem myślenia, nie dzieliłem rekomendacji na nowości i wznowienia. Podzieliłem je za to na swobodne sekcje tematyczne, dla wygody mojej i Waszej. O jednym istotnym wznowieniu w tekście nie ma ani słowa – chodzi o albumy This Kind Of Punishment, przywrócone do życia przez Superior Viaduct. O tym zespole pisze mi się znacznie ciężej i rozwleklej niż sądziłem, wobec czego wykroję z tego osobną notkę.

Ok, to tyle słowem wstępu. Czytajcie powoli, bo następny wpis mniej więcej za rok!

***PUNKED IN THE HEAD***

iss - st

ISS – s/t EP [Sorry State, 2018]

ISS to duet z Północnej Karoliny, który tworzy dwóch (post-)punkowców dalekich od szablonu. Jeden to Rich Ivey z Whatever Brains, drugi – Edwin Jamal Schneider z Brain F≠. Panowie nie nie są może jacyś ultra oryginalni – a z pewnością nie tak, jak by chcieli forumowicze Terminal Boredom – ale pokazali, że potrafią odciąć się od porównań do Sleaford Mods. Tutaj brzmią bardziej jak Beastie Boys skumani z Lightning Bolt. Fucked up party music. „I Wanna Be Dated” to albo wyraz nerdowskiej frustracji, albo pomysł na jakiś aggro dating. I jeszcze ta solówka, brzmiąca jak wysamplowana z ejtisowego hair metalu. Ulubiony numer – „Armchair Aryan (Richard Spencer’s Gifts)”, czyli nośny pun w stronę alt-prawicy, co zawsze jest mile widziane.

ISS wydali też w tym roku LP dla Drunken Sailor, ale podoba mi się znacznie mniej.

KLIK

the cool greenhouse

The Cool Greenhouse – London b​/​w The End Of The World 7″ [Market Square, 2018]

Post-punk brytolski jak tylko się da. John Peel puszczał by to w audycji w latach 80. Piosenka o Londynie, melorecytacja zamiast śpiewu, proper accent, rozstrojony syntezator, maszyna perkusyjna na poziomie Casio VL-1, zapętlony bassline, storytelling w stylu Marka E. Smitha, szkieleciarski minimal całości. I nic ponad to – autorskiego patentu tu raczej nie znajdziecie. Ale wykonane jest to ponadprzeciętnie, przebojowo i na pewno zrobi miło w uszach fanom messtetyki.

KLIK

warm bodies - st

Warm Bodies – s/t [Lumpy Records/Erste Theke Tontraeger, 2018]

Lumpy i Mark Winter – dwie chyba najbardziej inspirujące postaci na polu prostolinijnego punk rocka, a już na pewno jej jajecznej odmiany (jeśli pytacie mnie o zdanie w toczącym się sporze egg punk czy chain punk – moja odpowiedź brzmi „tak”). Warm Bodies są tak dobrzy, że mogą strącić Lumpy & The Dumpers z tronu władców punka, który uderzył się w głowę. Świetna wokalistka, świetny gitarzysta, wszystko gra, śpiewa i tańczy jak nie należy. Ktoś na RYMie pięknie skwitował nastrój panujący na płycie: „A fever dream of grotesque, ultraviolent children’s cartoons and B-52 songs.” Tak jest. Tylko jedna uwaga – potraktujcie ten album bardziej jako szkicownik pod występy live. Dopiero na scenie zajebistość Warm Bodies objawia się w pełni ch(w)ały.

KLIK

hank_wood_new_1024x1024

Hank Wood & The Hammerheads – s/t [Toxic State, 2018]

Wzór prymitywistycznej ekspresji w tematach rangi najwyższej – życia, śmierci, desperackiej miłości i desperackiego tej miłości braku. Jeśli USHC pod względem ekspresji zagarnął dla siebie intensywność, jaka była jeszcze nie do pomyślenia w złotej erze czarnego r’n’b, tak album HW&TH jest fuzją tych światów, zderzeniem najintensywniejszych ekspresji, jakie w szeroko rozumianym rokendrolu może wylać z siebie człowiek, w którym bulgoczą emocje, żółć, libido, pasja, cała ludzka żywotność. Tak brzmiałby James Brown, gdyby wychował się z punkami na ulicy Nowego Jorku w latach 80. Onomatopeje chyba nigdy nie brzmiały w punku tak dobrze, tak autentycznie emocjonalnie. Łzy mi nabierają do oczu, tak mnie ten album rozkłada – i muzycznie, i lirycznie. O śmierci jest tu najwięcej, ale jeśli idzie o upust emocji związanych z damsko-męskimi zawirowaniami – ten album leży u mnie zaraz obok frustrackich, rozbitych sercowo piosenek Reigning Sound. Sam całkiem niedawno, w ciemniejszym okresie mojego życia, chodziłem po nocach z zapętlonym „Whisper” na słuchawkach, szukając miłości i kłopotów. Trzeci album Hanka i Hammerheadsów po części mnie wtedy uratował i nie miałem ochoty słuchać niczego innego. Pościągajcie ze scen festiwali wszystkich wymoczków strojących się na rockersów i wyślijcie ich na lekcje śpiewu i attitude do Hanka. Serio. Gość jest najlepszy, a do tego przekracza ramy gatunku i mógłby iść z tym wokalem praktycznie wszędzie – posłuchajcie, co wyrabia w mostku „Must Be Nice”, ale właściwie w każdym jednym utworze (tak, to również najrówniejsza płyta rockowa, jaką słyszałem od lat). Hammerheadsi nagrali najlepszy zestaw w piosenek w karierze, z pięknie aranżowanymi klawiszami i idealnymi proporcjami intensywnych petard i kawałków o nieco bardziej zniuansowanym charakterze, jak wspaniałe, zadłużone w soulowym liryzmie „It’s Lonely In This World All Alone” i „Love Is A Cold White Tile”. Album roku? Pff. Jeden z albumów życia.

KLIK

special interest

Special Interest – Spiralling [Raw Sugar, 2018]

Nowy blues z Nowego Orleanu. Mocne i chwytliwe teksty. Album do tupania nóżką w rytm chujowego samopoczucia. Słyszalne inspiracje: Crass i okolice, Chrisma (zwłaszcza numer „Black Silk Stocking”, który SI przerabiali) i klimaty vampire chic a’la Gina X (choć wynaturzone), no i rzecz jasna współczesna scena nowoorleańskiego punk rocka. Spotkałem gdzieś termin future glam – hmm, ok, niech będzie i tak. Na basie, najbardziej eksponowanym instrumencie i kręgosłupie całego brzmienia Special Interest, gra tutaj nie kto inny jak Nathan Cassiani z Mystic Inane i Patsy. Special Interest to punk ciemny, podły, złowrogi, wściekły, a przy tym nie przebrany w plastik, bardzo współcześnie wyprodukowany i niesamowicie przebojowy, wręcz taneczny. Tak, to dance punk, ale ten prawilny, z ukłonem w stronę Nowego Jorku przełomu lat 70./80., gdzie disco i punk inspirowały się wzajemnie, oraz doprawiony hc punkową ekspresją. Przy „Disco” i „Disco II” można sobie potańczyć o byciu bez kasy. Miejscami robi się tu jednak nieco osobliwiej. „Fluid (Bound 2)” instrumentalnie zahacza o jakiś vaporwave – o takie ponadgatunkowe brzmienia podejrzewałbym raczej nowy album Total Control albo Low Life, który swoją drogą nadchodzi już za długo. Fantastyczny album.

KLIK

laxity - demo

Laxity – Demo [self-released, 2018]

Polska sieć kanalizacyjna się rozrasta. Do Torpur dołączają Laxity, również z Krakowa. Zespoły łączy zresztą osoba Macieja Nowackiego, znanego również nieco szerzej z projektu solowego (a potem zespołu) Kaseciarz. Lumpy Records albo jakieś Total Punk mogliby spokojnie przeprowadzić nad Wisłą owocny scouting. Szerzy się to ghoulostwo niczym średniowieczna zaraza i mam szczerą nadzieję, że to dopiero początek epidemii. Jak sugeruje nazwa zespołu, chłopaki grają oczywiście bardzo schludnie, higienicznie, z certyfikatem instytutu matki i dziecka. Za to po tytułach utworów – „Gnicie”, „Ludzkie Gówno”, „Obleśność”, „Syf w głowie” – można śmiało stwierdzić, że to będzie idealny zestaw piosenek na podwójną randkę, niedzielny obiad z rodzicami, zakupy w centrum handlowym, sesję bingo w domu spokojnej starości. Najlepszy numer: „Dadaizm”, zgodny z tytułem.

P.S. Maciej Nowacki razem z Bartoszem Leśniewskim (Artykuły Rolne) nagrali niedawno bardzo gęsty, improwizowany album live: https://lesniewskinowacki.bandcamp.com/album/live

KLIK

rock - impertinent flesh

ROCK – Impertinent Flesh 7” [Dreamland Syndicate, 2018]

Teraz Rock! Nie, dobra, czas skończyć tworzenie sucharów wokół tej, skądinąd, wdzięcznej nazwy. Zwłaszcza, że wydając tę siedmiocalówkę ROCK dołączyli już pewnym krokiem do grona zespołów hc punkowych, które mogą pochwalić się bystrym błyskiem w oku. Świetnie to jest nagrane – mocne bębny, wyraziste sola, wyjące sprzężenia gitar, fajna organizacja przestrzeni. Więcej tu kombinowania z tempami, zwłaszcza z wolnymi, a ściana dźwięku wznosi się przy tym taka, że miejscami można by spokojnie uwierzyć, że „Impertinent Flesh” wylazło ze współczesnej Barcelony, która słynie z hc punka w wydaniu tytanicznym, katastroficznym. „A testimony” to przezajebisty numer, najlepszy jaki ROCK dotychczas wysmażyli. Może to nieco durne skojarzenie, ale ten pociąg towarowy toczący się przez długi czas na jednym akordzie przypomina mi Oblivians wykonujących „Vietnam War Blues” Lightnin’ Hopkinsa. Czyli najlepiej.

Koniecznie sprawdźcie też, co Karolina Bartczak wyrabia w berlińskim URIN: https://urin.bandcamp.com/releases

KLIK

control test

Control Test – Verdadero Criminal 7” [Iron Lung, 2018]

Synth hc punk po hiszpańsku. Członkowie Lysol i Kid Chrome. Nie ma tu za bardzo o czym pisać – to nie jest muzyka do myślenia, żadnych drzwi nie wyważa, czysty upust emocji. Niecałe 8 minut, wokal na granicy growlu i brutalny, monofoniczny syntezator, którego nadal mi w punku bardzo brakuje. Dla fanów The Screamers, Lost Sounds i Puff.

KLIK

bib - a band

BIB – A Band In Hardcore [Erste Theke Tontraeger, 2018]

Zbiór wszystkich nagrań najlepszego zespołu punkowego z Nebraski. Porównania do Pissed Jeans (z czasów fajności) nie od czapy. Im dalej w las, tym robi się coraz ciekawej – nic dziwnego, bo ten zespół z każdym wydawnictwem zaliczał równiutki progres. Nie żeby ich materiałowi, który wydali sobie jeszcze sami, wiele brakowało – to petardy, z tym że jeszcze bardzo prostolinijne, razowe. Na „Pop” („Anxiety”z tej EP-ki to jeden z moich ulubionych kawałków neurotycznego punka w ogóle) i „Moshpit” wykształciło się już za to BIB świadome, urozmaicające standardową młóckę o kompozycyjne detale. „Pop” to właściwie już klasyk, ale „Moshpit” podoba mi się dziś jeszcze bardziej – to jest już granie z konwencją w stylu LP Dawn of Humans. „Freedom” z początku przypomina ten rozmelodyzowany ciężar Hüsker Dü, by zmutować raczej w coś bliższego monumentalnemu hc punkowi z Hiszpanii (Una Bestia Incontrolable). A takiego dobra jest tu więcej. Wspomnieć jeszcze „Hypnotized”, w którym downbeatowy walec co chwila dostaje kopa godnego Destruction Unit, wyrywającego nas z hipnozy albo inaczej – wbijając nas na jej kolejny, podlejszy level. Koniecznie.

KLIK

***STILL IN THE GARAGE***

the sueves

The Sueves – R.I.P. Clearance Event [HoZac Records, 2018]

Australijskie Power, autorzy znakomitego debiutu sprzed trzech lat, wydali w tym roku drugi album. Zachęcająco zatytułowane „Turned On” było dla mnie jednak rozczarowującym turned off. The Sueves to co prawda nie sharpies z Melbourne, tylko garażowi punkowcy z Chicago, ale to również power trio, którego moc bierze się z prostolinijnej rock’n’rollowej intensywności, z wyrazistymi ukłonami w stronę hard rocka lat 70. Wokalistów łączy również sposób śpiewania i barwa głosu. I tutaj dla odmiany jestem turned on. Rockerski ja jest bardzo kontent. W odróżnieniu od płasko zrealizowanego i wyzbytego z hooków drugiego albumu Power (wierzę jednak, że koncertowo dalej wymiatają), tutaj każdy numer stoi w ogniu – i absolutnie niczego więcej nie potrzeba mi w piątek do piwa.

KLIK

amyl sniffers

Amyl and the Sniffers – Big Attraction & Giddy Up [Homeless Records, 2018]

Kompilacja dwóch EP-ek australijskiego zespołu grającego garaż dla sharpies. Muzyka pubowa rzadko bywa tak przebojowa i przy tym tak mało cheesy. Kluczową rolę odgrywa tu świetna wokalistka, z barwą głosu aroganckiej bad girl i australijskim akcentem, za czym w parze idzie stylówka na tancerkę go-go z późnych lat 70. albo fankę Abby, która osunęła się w narkotykowy nałóg i kiepskie towarzystwo. „I’m Not A Loser” to świetny hymn do wznoszenia kufla piwa na bezrobociu.

KLIK

***SLACKERS, JESTERS, CLEVER PRANKSTERS***

the shifters - just sat down

The Shifters – Just Sat Down 7” [Digital Regress, 2018]

Ok, czas przestać wyliczać The Shifters wpływy The Fall i Country Teasers. No dobra, już opener, „Cope With A Half”, mocno zajeżdża stylem Bena Wallersa, ale co z tego, skoro męsko-damski duet głosów zabiera tę piosenkę w zupełnie inne rejony. „Melbourne & Monash Youth League” to The Fall circa „Grotesque” albo z najwcześniejszych singli. Czy to przeszkadza? A skądże, świat byłby piękniejszy, gdyby więcej artystów tak dobrze skumało patenty The Fall. „The 2 Gallants” zupełnie się już jednak od klimatów country’n’northern odrywa – formalnie to bardziej rozbójnicza ballada, opiewająca występki dwóch barowych galantów. „My Little Town” to jeszcze inna jakość – kawałek jak z kompilacji Messthetics, ale taki, który od razu zachęca do sprawdzenia, co to za zespół. Tymczasem ich drugie jest LP w drodze – czekam z wypiekami.

KLIK

patois counselors - proper release

Patois Counselors – Proper Release [ever/never, 2018]

Dla fanów Devo i Pere Ubu, Swell Maps i The Fall, Tyvek i Protomartyr. Na gitarze Nick Goode znany z Brain F≠. Ktoś porównał The Fall z okresu między Perverted by Language a The Frenz Experiment – w punkt. Tongue-in-cheek punk. Lepsze Parquet Courts, mniej witty, bardziej clever. Posłuchajcie tekstów „Modern Station” albo „Terrible Likeness”. Im dalej w płytę, tym robi się ciekawiej, bo dziwniej. „So Many Digits” to instant hit. „Pffones” – eksperymentalny numer o wielkiej sile rażenia. „All Clean” – nawet najbardziej prostolinijny, energetyzujacy post-punk na płycie jest znakomity. Błyskotliwe granie, świetne pomysły – warto mieć oko na Patois Counselors.

***SOOTHE YOURSELF & DRIFT AWAY***

primitive motion - house

Primitive Motion – House in the Wave [Bedroom Suck, 2018]

Umiarkowanie melancholijny, efemeryczny album duetu, który doskonale wie, jak się taką atmosferę tworzy. Tym razem jednak mniej tu eksperymentu z użyciem syntezatorów – to niemalże tradycyjny folk w slowcore’owym tempie. Najbardziej miękki album Primitive Motion, choć przy tym – niestety – i najmniej oryginalny. Niemniej słucha się tego wspaniale. „Magnetic Tracks” przypomina mi nieco „Words” Low, minus smutek. Te piosenki to takie przyjazne duchy, które wirują na strychu wśród obłoków kurzu i wdzierających się przed szczeliny w drewnie promieni słonecznych. „House In The Wave” jest bardzo japońskie w swojej estetyce, czuć tutaj atmosferę mono no aware. Perfekcyjnie nieangażujące wydawnictwo, stworzone do patrzenia w nocy przez okno. Jak zwykle śliczna okładka.

KLIK

yuzo iwata - daylight

Yuzo Iwata – Daylight Moon [Siltbreeze, 2018]

Philly psych artysty, który zaraz po wznowieniu albumu („Drowning In The Sky ” z 1999 roku) doczekał się drugiego, premierowego już krążka. Iwata świetnie odnajduje się w czymś, co nazywam luźno raga blues, czyli w wygrzanym gitarowym psychu, repetytywnym jak muzyka wschodu lub The Velvet Undeground. Jeśli kochacie leniwe jamy Bardo Pond czy Aye Aye – będziecie w domu. To muzyka, przy której lepiej coś robić albo aktywnie się lenić, wpatrując się wieczorem w bezchmurne niebo, na którym widnieje i słońce, i księżyc – piękne zjawisko, na które przestaliśmy zwracać uwagę. Ten album bardzo dobrze rozumie magię codzienności, życie na wolnym biegu, kontemplacje piękna, które jest na wysięgnięciu ręki. Przy odprężającym „Goodnight, Daylight Moon” dało się znosić upały o wiele dzielniej. Smutne, że Iwata opuścił nas w tym roku, niedługo po nagraniu tego albumu.

elkhorn - lionfish

Elkhorn – Lionfish [Eiderdown Records, 2018]

Ok, ta historia idzie tak: pewnego słonecznego dnia Drew Gardner, połówka Elkhorn, nurkował sobie na Belize, gdzie spostrzegł skrzydlicę ognistą aka ognicę pstrą – w każdym razie rybę, której nazwa daje wyraźny sygnał, żeby trzymać łapki przy sobie. Irokez ostrych kolców na grzbiecie to potwierdza. Ale Gardner, z dziecięcym zaciekawieniem (nie dotykaj żelazka!) rybkę dotknął, a rybka, jak na ognistą przystało, wstrzeliła mu w palec neurotoksynę. Gardnerowi, głodnemu wrażeń, zrobiło się ciekawie. Jak sam mówi: “the spirit of all creation was delivered instantly to the core of my heart”. Zabrał więc próbkę jadu do drugiej połówki Elkhorn, Jessego Sheparda, całkiem nieźle ogarniającego chemię, który wyekstrahował co trzeba do postaci białego proszku. Dalszej części się domyślacie – odpowiednie set&setting, aplikacja, robimy muzykę. Podobnie jak z ropuszką Bufo Alvarius, którą na swoim debiucie uczcili psychonauci z Bardo Pond, używanie sobie tych zwierzaków z Morza Karaibskiego jest bardzo popularnym zajęciem, które może stać się pretekstem do nagrania płyty. Efekt? Leniwe, lizergowe improwizacje na gitarę elektryczną i akustyczną – nieco bezpieczniejsza alternatywa na tripowanie w upalne popołudnia.

Okładka przepiękna – jak zwykle świetny Max Clotfelter, stały rysownik Eiderdown Records. Z tegorocznej oferty labelu warto sprawdzić też wygrzewy Ramble Tramble, tagowane celnie jako „late night lo fi”: https://eiderdownrecords.bandcamp.com/album/outlaw-overtones

KLIK

Lav-Flu-Cover_final_011518

The Lavender Flu – Mow The Glass [In The Red, 2018]

Jeśli w The Hunches najbardziej kochaliście rzewne wzruszenia, melancholijne i nostalgiczne stany pływające na psychowej tkance – drugi album nowego zespołu Chrisa Gunna (ex-The Hunches, ex-The Hospitals) dostarczy wam dużo miłości. I przy okazji dorzuci coś jeszcze, skręci gdzie indziej, stworzy nowe wyobrażenia – bo powiedzieć, że to po prostu subtelniejsze The Hunches, takie posmarowane dżemem i wygrzane w słońcu, to za duże uproszczenie. W porównaniu do debiutu, jest o wiele mniej kwaśno i bardziej piosenkowo, ale tytuł tego albumu nadal dużo o nim mówi – abstrakcyjna wyobraźnia Gunna lubi rozpuszczać wszelkie subtelności w elektrycznej oranżadzie.

I tak na przykład „Dream Cleaner” to koniec końców bardziej sen o piosence niż piosenka per se. Najbardziej reprezentatywnym dla całości numerem jest jednak nowa wersja „Like A Summer Thursday” – nagrana w stylu Toma Petty’ego, Bruce’a Springsteena czy heartland rocka w ogóle. Na „Mow The Glass” Gunn pochyla się nisko nad tradycją, ale w żadnym momencie nie pachnie tu dad rockiem. Przykład? Cudownie ukwaszone „Like A Pray”, które ponownie waha się, czy być piosenką, czy rozpuścić się jak zegary Dalego. A może chociaż jedna pocztówka z The Hunches? „Floor Lord” przypomni Wam, że Gunn dalej jest zakochany w fuzzie. Najlepsze są tu jednak te pijane melodie – absolutnie prześliczne „Ceiling Of Skin”, równie piękne „Just Like Anything” albo „Distant Beings”, które brzmi jak country pościelówa z „Nashville” Roberta Altmana, ale – no właśnie – uratowana od gęby przez eteryczne rozmazanie. Album bardzo, bardzo eskapistyczny – spójrzcie na closer zatytułowany „Ignorance Restored”, który, btw, kiedy intensyfikuje się do poziomu znanego z „Exit Dreams”, przechodzą mnie ciarki. Świetna rzecz, której prawie nikt nie dostrzega.

KLIK

charnel ground

Charnel Ground – s/t [12XU, 2018]

Chris Brokaw (Codeine, Come), James McNew (Yo La Tengo) i John Colpits (Oneida) – czy to mogło się nie udać? Oczywiście, że mogło. Ale się udało, i to udało się doskonale. Nie jest to co prawda album najbardziej spójny – to raczej swobodny wybór jamów, jakie panowie razem zarejestrowali. „The High Price” to głośny, akcelerowany jam, chyba najlepszy, jaki w tym roku słyszałem – dodatkowo cieszy, że zagrany jest bez pretensji, surowo i w krótkich spodenkach. Z kolei leciutkie, rozłożone na hamaku w tropikach, ale i wysmakowane „Skeleton Key”, to coś, co James McNew z pewnością przyniósł ze sobą z Yo La Tengo, choć równie dobrze mógłby w tym maczać palce Jim O’Rourke circa „Halfway to a Threeway”. Świetny, naturalny album znikąd, który zadaje kłam stereotypowi formowania supergrup wyłącznie dla forsy i autofellatio. Jeszcze raz przedstawmy skład: Chris Brokaw (Charnel Ground), James McNew (Charnel Ground), John Colpits (Charnel Ground).

KLIK

***ONLY WANTING TO MELT BEAUTIFULLY AWAY***

yulith

Mamitri Yulith Empress Yonagunisan – Yulith Lilith [Bruit Direct Disques, 2018]

Przede wszystkim – ten podwójny album jest PRZE-CU-DOW-NIE wydany. Natomiast cała reszta budzi już ambiwalentne uczucia. Trudno jednoznacznie stwierdzić, ile na tym albumie przypadkowego bullshitu, a ile świadomości. W najlepszych momentach brzmi to jak noise’owo-psychowa odpowiedź na Trout Mask Replica. W najgorszych – jak bełkot. Jak sygnalizował Marek, połowę rzeczy można by pewnie wywalić, zwłaszcza z pierwszej części dyptyku. To jest niezły burdel, w którym na próżno szukać metody – shoegaze grany przez no-wave’owców? Japoński psych z P.S.F.? Chaos kontrolowany czy niekontrolowany? Niemniej miejscami wydarza się tu coś więcej, coś ponad tym chaosem przypadkowości – i te miejsca zbiegania się lub świeżego rozbiegania się punktów są bardzo interesujące, np. we wspaniałym „Ice”. Niektórych kawałków nie jestem jednak w stanie słuchać – kasztany w rodzaju „Flower Crown LYL” muszę z przykrością skipować. Drugi album, „Lilith”, wydaje mi się znacznie ciekawszy i to już od samego początku. Asynchronizacja w „Ennvy” w końcu w pełni działa na mój mózg, zamiast rozbryzgów Pollocka malując w nim dźwiękowego Picasso. Następne „Kakura” zadziwiająco trzyma się w ryzach – wypada z nich tylko jedna z gitar, wyraźnie słychać że umyślnie i daje to wspaniały efekt. „Urobobros” z kolei brzmi jak jakaś spierdolona po całości bossa nova. Pięknie spierdolona, dodajmy. Ach, no dobra, lubię ten bałagan.

KLIK

***ACHITECTING ABOUT DANCES***

300

EXEK – Ahead of Two Thoughts [W.25TH / Superior Viaduct, 2018]

EXEK to przede wszystkim projekt studyjny Alberta Wolskiego, który z czasem przerodził się w kwartet. Drugi album (pierwszy to niemal równie mocne Biased Advice z 2014 r.) został obłędnie wyprodukowany przez Mikeya Younga i wydany przez Superior Viaduct – co za combo, to już przecież jakieś, cholera, królewskie zaszczyty. Co tutaj słychać? Swell Maps, This Heat, i tonę eksperymentalnego post-punka lat 80. Nawet dęciaki, efekty na gitarach i intensywny romans z dubem w produkcji brzmią jak wyjęte ze złotej epoki, ale jednocześnie bardzo świeżo, współcześnie. Jeśli już o współczesności mowa, to w pewnym sensie album jest również spokrewniony z Low Life, Sex Tourists i Total Control – podobna dawka rozczarowania rzeczywistością i podobnie ponadgatunkowe zabawy dźwiękiem. Nie ma znaczenia jednak umiejscawianie Ahead of Two Thoughts w czasie – dobry, kreatywny post-punk jest ponadczasowy, a ten tutaj, gdyby wydano go kilka dekad wcześniej, z pewnością uchodziłby dziś za kultowy.

Ktoś mógłby zarzucić Ahead of Two Thoughts brak substancji – bzdura, bo substancji jest tu ponad miarę, tyle że przyjmuje ona inne formy. To rzeczywiście album złożony bardziej z fantastycznych dźwięków niż zapamiętliwych piosenek, ale jak te dźwięki są eksplorowane, jak odmienne stany kompozycji się tu kreują. Weźmy flegmatyczne „Punishment”, przeradzające się za moment w ciemny kraut o potencjale wyrażenia kondycji ludzkiej XXI wieku, przerywany co chwila przez zaskakujący, przebojowy refren. Weźmy „Weight Loss (Henry’s Dream)” z obłędną partią basu nakręcającą jakąś niepokojącą neurozę. Weźmy „Prawn Watching” (które swoją drogą znacznie lepiej otwierałoby płytę), z tym budowaniem napięcia, ze smykami dołączającymi do mrocznego motywu, przenosząc go ostatecznie w nastrój w niemalże uroczysty (w finale brzmi to jak jakiś spleen Bowiego z trylogii berlińskiej). Ileż dzieje się w „Elevator Ettiquette” – z tego pozornie klinicznego jak winda miejsca przezierają niesprecyzowane emocje, które burzą estetykę dreszczem egzystencjalnym, spowodowanym zatrzymaniem się na moment na piętrze, na którym za rogiem widzimy kogoś ciągnącego po podłodze ciężką rzecz zawiniętą w dywan. Album wysadza nas na piętrze Malkovicha bardzo często, by za chwilę zabrzmieć jednak bardzo znajomo – „Actress Practice” brzmi jak psych pop lat 60., The Beatles albo The Kinks, ale w zmodernizowanej estetyce. Najlepszym kawałkiem na płycie, i póki co moją ulubioną kompozycją w tym roku, jest jednak omdlewające rytmicznie „To Medicine”. Wow, przewspaniałą wyobraźnię dźwiękową ma Albert Wolski.

Tymczasem za moment EXEK wyda nową EP-kę, zupełnie chyba odmienną, bo próbka skręca w mix magicznego świata syntezy (i przedzierającego do niego jazzu) z recytowanym eksperymentem w klimacie „The Gift” The Velvet Undeground: https://soundcloud.com/superiorviaduct/exek-the-commoner-1

KLIK

mosquitoes

Mosquitoes – Drip Water Hollow Out Stone [ever/never, 2018]

Znacie dobrze tę sytuację. Jest upalna noc, prawie poranek, leżycie w łóżku pijani jak nigdy dotąd (albo jak zwykle). Wokół głowy krąży wścibski komar. Bzyczenie oddala się, przybliża, wyrywa was z półsnu, pogłębia ból głowy i nienawiść do świata, a tymczasem wy nie możecie gnoja ani dostrzec, ani dosięgnąć. Taka to jest właśnie muzyka, z tą jednak różnicą, że jej bzyczenie nie irytuje. Więcej – wciąga i intryguje. Malaria. Delirium. Psychoza. Dezorientacja. Jazz, ale bardziej le jazz non. „Drip Water Hollow Out Stone” to pulsujący, amorficzny blob muzyki. Brzmi to trochę jak Suicide (jak piszą zabawnie na stronie Low Company: „Alan Vega babbling in his sleep”) rozebrane do rosołu, wyfiletowane, odtłuczone; skręcające w konstrukcyjne minimum, dające jednak wrażeniowe maksimum (efekt duchoty). Malaryczność tych dźwięków kojarzy mi się również z Factrix i Monte Cazazza, gdyby zatrudnili Sightings do generowania przesterowanych sprzężeń i dekonstruowania całości. Zawiesinowy charakter albumu, przy jednoczesnej jego przestrzenności i nie-agresywności, kojarzy się również nieco z „Talker” U.S. Maple – w mojej opinii ich zdecydowanie najlepszą płytą. Zgodnie z nazwą zespołu, która mogłaby być zupełnie przypadkowa, a nie jest – wszystko raczej bzyczy tutaj jak chmara komarów niż huczy z mocą śmigłowca. Wyobrażam sobie tych muzyków majaczących, zdjętych febrą. Ta gorączka się udziela, ale jestem daleki od narzekania.

KLIK

HOGG

HOGG – Self-Extinguishing Emission [SCRAPES, 2018]

Tegoroczna czołówka, bez dwóch zdań. HOGG to dwie multidyscyplinarne, performatywne artystki z Chicago – Emma Sims i Hanna Elliott. Tworzą post-industrial/noise/no wave w odmianie, jaką kocham najmocniej – z mnóstwem przestrzeni, skoncentrowany na budowaniu czegoś z niczego, wysysający energię bez uciekania się do nieustannego bombardowania hałasem. „Confidence based of limitations / Limitations based of confidence” – śpiewają głosy w „Confidence”, brzmiące jak uwięzione w ciele androida, który chce być człowiekiem, albo uwięzione w ciele mężczyzny, z którym się nie utożsamiają. Brutalistyczna, surowa, transowa i transgresywna rozbiórka rocka, która brzmi trochę jak zeszłoroczna SIDA, trochę jak Sightings, całkiem mocno jak Zeichnungen des Patienten O.T. Einstürzende Neubauten (te tomy rozchodzące się w przestrzeni pustostanu), ale najbardziej jak wznawiany niedawno debiut Die Tödliche Doris – generalnie performatywny nurt Geniale Dilletanten wydaje się HOGG najbliższy. Cudo. Dawno nie słyszałem albumu tak fantastycznie rozprzęgającego strukturę, tak trafnego w budowaniu z ruin po muzyce rockowej, z elementarnej jedynie elektroniki, z napięcia, które nigdy nie znajduje ujścia w pełni. Kurz po monolicie, monolit wzburzonego kurzu. Czasem brzmi to jak industrial techno przepisane z powrotem na tradycyjny industrial. A, i myślę, że można do tego czytać zarówno „Pieśni Maldorora” i „Tomasza Mrocznego”, co Judith Butler.

Przez album prowadzą nas wokale Sims i Elliott, niczym dwa schizofreniczne głosy, jeden przepełniony neurozą lub apatią, drugi przetworzony lub wrzeszczący upiornie z ukłonem w stronę black metalu. Growlowe wrzaski, demoniczne chichoty, upiorne gardłowe dźwięki rodem z „The Grudge”, przewartościowany emancypacyjnie urok vampire chic – wokale zdecydowanie windują ten album jeszcze wyżej, tak jakby nie dość perwersyjnej przyjemności działo się w warstwie instrumentalnej. To oczywiście złowrogi, wykańczający, miejscami niewygodny album, ale przy tym – zabrzmię tu pewnie jak znudzony dekadent – w jakiś sposób przebojowy, ocalony z zasłoniętych nocą sfer umysłu właśnie za sprawą kreatywnej formy wyplucia ciemnych emocji i stłamszonych uczuć. „Religion Is Fun & Bathing Is Free” to jedna z najlepszych rzeczy, jakie słyszałem w tym roku – około 3:30 wkracza EBM-owa basowa sekwencja monofonicznego syntezatora i można zacząć transowy pląs, po którym jednakże konieczne będzie wezwanie egzorcysty (oczywiście tylko po to, że śmiać mu się w twarz). Do bardziej zagęszczonego „Black Into Dirt” można tańczyć już od początku – to właściwie taka kosmicznie czarna wersja „Blue Monday”. „Eternal Hate Created” zjeży wam włos na głowie – tytuł nie jest nic a nic nad wyrost. Ta drone’ująca gitara brzmi wprost obłędnie, a ciężar outra i przejście w „Nosedive” (industrial, hc punk i electro w jednym – wow) z pełnym już riffem basu i intensywnie rozkręconym automatem perkusyjnym (tak jakby potrzebowały aż tyle czasu do opanowania wstrętu przed uformowaniem struktury bliskiej tradycji), to najlepsze możliwe zwieńczenie tego doskonałego albumu.

KLIK

drinks - hippo lite

Drinks – Hippo Lite [Drag City, 2018]

Co jakiś czas projekt artysty, którego poprzednie dokonania w ogóle mnie nie ruszały, wywiera na mnie jak najbardziej pozytywne wrażenie. Tak było z Cindy Lee Patricka Flegela z Women, tak jest z Drinks, którego połowę tworzy Cate Le Bon – do jej pościelowego indie popu mogę jedynie drzemać. Tymczasem właśnie Drinks – open-minded music, przypominająca kwiecie ponadgatunkowego eksperymentatorstwa DIY. „Corner Shops” – dawno ktoś tak fajnie nie wskrzesił nowofalowego quirky popu. Jeszcze lepsze „Ducks” – dada prima sort. Nie jest to album wybitny, blednie zwłaszcza, kiedy się cofnie do kopalni pomysłów z lat 70. i 80, ale dla kogoś, kto trafi na Hippo Lite z normalnego świata, może to by niezła trampolina do krainy podobnych eksperymentów formalnych. Album pochwalił niczym jakieś objawienie Bradford Cox. Sympatycznie, Cox to jeden z ostatnich indie-rockowców, których lubię, mimo że tutaj jest odrobinę nadto optymistyczny.

Swoją drogą, jako że w Drinks poniekąd można usłyszeć również echa no wave – ugatunkowienie czy sformalizowanie się no wave’u to smutny dowód na to, że albo: 1) spektakl dawno już pochłonął wszelkie formy sprzeciwu wobec form, 2) oryginalna scena wbrew samej sobie miała nie tylko ograniczony repertuar technik, co jeszcze, o zgrozo, wspólny kręgosłup estetyczny, który cholernie łatwo jest zmałpować, 3) no wave jest, w co wierzę najmocniej, po prostu tagiem wybrakowanym i źle używanym, tak jak post-punk przylgnął leniwie do bezproduktywnych kalek Joy Division lub Gang Of Four, a post-rock do nudziarskiego crescendo rocka, który w rzeczywistości niewiele się różni od skostniałego, bieda-symfonicznego pseudo-progu.

KLIK

***FREEDOM, NOT GENRES!***

blod - knutna navar

Blod – Knutna Nävar [Forlag För Fri Musik, 2018]

Szwecja, Göteborg, kolektyw Enhet För Fri Musik. Jeśli znacie i cenicie, to wiecie, że klasyfikowanie tej muzyki nie ma najmniejszego sensu i chyba w ogóle nie jest możliwe. Jeśli nie znacie – trochę więcej napisałem na ten temat w lutym. Tytuł nowego albumu Blod to nazwa komunistycznego zespołu prog-rockowego. Eksplodujący sierp i młot na okładce, sample z pieśni propagandowych, tag „political” na Discogs – z pewnością coś tu jest większego na rzeczy, ale nie znam szwedzkiego i nie będę przyklejał kontekstów na ślepo. Skupmy się na bebechach. Jeśli można wyznaczyć jakieś role czy pola działań wśród artystów EFFM, to Blod (Gustaf Dicksson) jest specem od kolażu. Album nieustannie morfuje w zaskakujące rejony. Przez większość czasu to folk pop o bardzo szwedzkim smaku i w dźwiękowo-mentalnym anturażu lat 60. i 70., ale to zdecydowanie nie wyczerpuje tematu. Dużo to krótkich sampli wokalnych, które Dicksson wykleja niczym papier mache, zmieniając im wysokość i organizując je w nowe melodie. Momenty, w których słyszymy gitarę i instrumenty dęte (fletnia pana?), jak po zakończeniu fragmentu starej pieśni w „Arvet”, pochodzą już bezpośrednio od Dickinssona. I są to prześliczne momenty, Dicksson jest całkiem utalentowanym muzykiem również w tradycyjnym ujęciu. „Lär Av Historien” to już kraina dzika i niewinna – magiczna kompozycja, której dopiero w samej końcówce dzieje się dziwne kuku. „Inmarsch” zwykle skipuję – skoczny, radosny, marszowy numer, ale nie dzieje się w nim nic interesującego, a sam w sobie jest raczej banalny. „Utmarsch” za to nawiązuje do motywu owego marszu, przepisując go na naiwnie brzmiący syntezator, co daje efekt silnie nostalgiczny, choć nie do końca jasne, czego ta nostalgia dotyczy. Album jako całość posiada tę specyficzną atmosferę przeglądania starych przedmiotów i czuć na nim zapach osobliwego antykwariatu – jak wszystkie rzeczy z Enhet För Fri Musik, również i ta jest więc estetycznie spójna i przekonująca.

KLIK

leda - japanese key

Leda – Japanese Key / The Silent Contest 7″ [I Dischi Del Barone, 2018]

Kolejna rzecz z kolektywu EFFM. Leda (Sofie Herner, czyli połowa Neutral) dochodzi już do takiej świadomości używania pozornie niemuzycznego jako muzycznego, że nie zdziwi mnie, jeśli za chwilę nagra album o sugestywnym, tajemniczym nastroju, wykorzystując do tego jedynie dźwięki generowane z końcówki kabla ocierającego się o gniazdo wzmacniacza. I nie wyjdzie z tego jakaś niesłuchalna pretensja, tylko totalnie absorbujące słuch środowisko muzyczne. Na „Japanese Key / The Silent Contest” Herner prawie w ogóle nie używa gitary. Jej narkotyczny wokal, który porównać można chyba do mniej melodyjnej wersji Isobel Sollenberger, bez opierania się na czymkolwiek, na czym nasza codzienna muzyka się opiera, potrafi wynieść kompozycję brzmiącą jak kurz wirujący wokół lampy stroboskopowej albo ostatnie obroty pralki utopionej na mokradłach („The Silent Contest” to jedna z jej najlepszych „piosenek”) do rangi doświadczenia egzystencjalnego niepokoju. A już z pewnością nieszablonowej muzycznej przygody. Nie mam do dodania wiele więcej ponad to, żeby cały czas bacznie obserwować ferment z Göteborga, bo tam się wydarzyło, wydarza i będzie wydarzać.

Brann Ner Hela Skiten

V/A‎– Bränn Ner Hela Skiten [Forlag För Fri Musik, 2018]

EFFM raz jeszcze. Tym razem kompilacja pierwszych prób, szkiców oraz porzuconych projektów. Niepublikowane wcześniej utwory znanych (zaśmiałem się) i lubianych artystów, ale też kilka zupełnie nowych nazw/nazwisk. Jako fan, powiem zupełnie szczerze – większość rzeczy to raczej ciekawostki, ale są tutaj momenty interesujące, a nawet i wspaniałe. Muzyka samego Enhet För Fri Musik brzmi na przykład znacznie mniej idiomatycznie i, co za tym idzie, intrygująco, ale wcale nie mniej hipnotycznie. Zwłaszcza pierwsza ich kompozycja na płycie jest prześliczna – wyobraźcie sobie Lorena Connorsa w wydaniu najbardziej skąpanym w pogłosie, bonusowo z dołączonym wokalem Sofie Herner. Lepiej nie można. Drugi numer EFFM to już wyraźny szkic (dokładnie ta sama, naiwna melodia) pod motyw przewodni z ich ostatniego albumu. Z projektów wcześniej w ogóle niepublikowanych najciekawsze są Pig i Källarbarnen. Källarbarnen – głośne, drone’owe, rytualne, ale wciągające, bo bardzo ilustracyjne (tym samym jestem pewien, że maczał w tym palce Dan Johansson). Na drugim biegunie leży subtelne, nieco duchologiczne Pig (najkrótszy z kawałków to zresztą ballroomowa zjawa w stylu Caretakera), z ponownie upajającym wokalem Herner.

the dead c - on the outbreak

The Dead C – On the Outbreak of Civil War / Good Consul Is Punished7” [I Dischi Del Barone, 2018]

„After 31 years our sound is perfect in its total rejection of any standards other than the completely arbitrary ones we set ourselves. We cannot be meaningfully assessed against any measure except the Dead C, and our overall trajectory is still climbing.” – mówi sam Bruce Russell w notce promocyjnej nowej siedmiocalówki i nie sposób mu nie przyklasnąć. 31 lat bez kompromisów, 31 lat pod prąd, 31 lat po swojemu. W ogóle mi nie przeszkadza, że The Dead C nie robią już znaczących skrętów w podejściu do rozsypywania struktury muzyki rockowej. Znaleźli swój język, którym posługują się biegle, nie widzę szans, żeby ten patent prędko się wyczerpał i znudził, a romanse z nieco innymi obliczami dekonstrukcji Bruce Russell i Michael Morley rozwijają przecież osobno i osobliwie w swoich solowych projektach. Tym samym opisywaną siedmiocalówkę można uznać za esencjonalną dla dojrzałego brzmienia The Dead C, w którym – przypomnijmy – chowanie się w estetyce lo-fi nie jest już tak istotne jak zarejestrowanie, w sposób możliwie intensywny, dynamiczny i wypukły, występu w otwartej, nie-domowej i nie-studyjnej przestrzeni. Tutaj udało się to doskonale. „On the Outbreak of Civil War” gra tyleż samo hałasem, co ciszą – liczne pauzy i piękne skrzenie się nieprzesterowanych gitar na drugim planie – a jego emocjonalna narracja zbliża ten fragment bardziej nawet do kompozycji niż improwizacji. „Good Consul Is Punished” to z kolei już The Dead C w wydaniu brutalnym – jednocześnie monumentalnym, gdy narasta ściana dźwięku, jak i wiercącym w uszach świdrującą bezlitośnie gitarą. No i detal, cholera, te detale. Niczego nie kocham w The Dead C tak mocno jak dysonansów formujących się co chwila w przejmująco poetyckie, niby-molowe osunięcia. Nadal nie wiem, jak oni to robią, że niepiękne staje się piękne.

city code

Stefan Christensen – City Code [Knotwilg Records, 2018]

Jak do tej pory najlepsze wydawnictwo Stefana Christensena – byłego mózgu świetnych The Estrogen Highs, który postanowił odrzucić i tak już nago podaną garażowiznę na rzecz śmielszej ucieczki od tradycyjnej formy rockowej ekspresji, nie rezygnując z niej jednak w stu procentach. Jeśli ktokolwiek potrafi formować z noise’u melancholię tak szczerze i pięknie jak The Dead C, to chyba tylko Stefan Christensen. Nikt dziś nie kuma specyfiki katalogu Xpressway tak dobrze jak on, jednocześnie nie robiąc z tego plagiatu, żerując na niepopularności takiej organizacji dźwięków (co paradoksalnie – częste), tylko pielęgnując własny język, po prostu spowinowacony duchowo z The Dead C, solówkami Petera Jefferiesa czy Scorced Earth Policy. Christensen większość tych rzeczy wydaje sobie sam za sprawą labelu C/Site (wydaje w nim również Roba Noyesa, Burnt Hills czy Mountain Movers), co jeszcze bardziej przybliża go do nowozelandzkiej kultury samoróbkowej. Znaki szczególne? Osamotniony i z reguły arytmicznie tłuczony werbel, zdezintegrowany lamentacyjny śpiew (lub śpiewny lament), organiczne, zapiaszczone brzmienie, oraz rzęsa gitarowych hałasów, które składają się na wspomnianą melancholię – ale melancholię prawdziwą, skomplikowaną i gęstą jak pasma czerni i bieli na okładce, obolałą dźwiękowo, daleką od nastrojowej łatwizny. Wszystkie te drżenia piosenek, bo to bardziej rozdygotane procesy niż zamknięte kompozycje, mają charakter schyłkowy, tak jakby Christensen bez końca wykonywał łabędzi śpiew. Jeszcze raz powtórzę – nie ostało się dziś w świecie wielu artystów o tak specyficznej wrażliwości.

KLIK

lambkin gif (2)

Graham Lambkin – No Better No Worse Vol. 1 & No Better No Worse Vol. 2 [self-released, 2018]

Kompilacje zbierające przeróżny materiał Lambkina z lat 2001-2017 – a więc z całego okresu działalności jego wspaniałej wytwórni Kye. Mam nadzieję, że takich nagrywek, które nie zmieściły się Lambkinowi do większego konceptu, jest więcej i że zrobi się z tego seria tak duża jak „This Is What I Do” jego serdecznego kolegi, Jasona Lescalleeta. Album te są, o dziwo, świetnie skomponowane jako całość – co jakiś czas można odpocząć nieco od abstrakcji i zawiesić ucho na melodii, np. płynącej z japońskiego fletu w „Red Egg”. Repertuar jest naprawdę zróżnicowany – „Travelling Song” to jedno z najzabawniejszych miauczeń Lambkina, gdzie „Axion” pozwala zatęsknić za The Shadow Ring, a „Images In Oyster” ma tę podchwytliwie/przekornie sakralną atmosferę, za jaką kocha się wydawnictwa z Recital (Lambkin również dla tego labelu nagrywał). Drugi album w niczym nie ustępuje pierwszemu. Jest spooky kompozycja poświęcona Friedrichowi Jürgensonowi – szwedzkiemu eksperymentatorowi, który w swojej twórczości korzystał z tzw. „ghost boxów”, umożliwiających przechwytywanie głosów zmarłych. Znów pojawia się, w „Ceremoniolose”, ceremonia dnia codziennego, epifania zwyczajności. Niesamowite wrażenie robi „Unfocued Hands” – jednostajny, nokturnowy lead syntezatora i mnóstwo nasuwających się na siebie głosów Lambkina, w jakiś sposób dziwnie zorganizowanych. Znakomite kompilacje, właściwie ekstrakt z GL, każdy jego odcień w jednym miejscu. Spokojnie można je postawić obok najlepszych albumów i z pewnością będą doskonałym startem w tę osobliwą twórczość.

P.S. W październiku album z Áine O’Dwyer.

KLIK 1
KLIK 2

simple affections

Simple Affections – s/t [Recital, 2018]

Bez dwóch zdań moje ulubione słuchowisko od lat i być może jedno z ulubionych w ogóle. W dodatku jeszcze do niedawna było dostępne zupełnie za darmo ze strony wytwórni – teraz już niestety za późno, można za to nabyć winyl. Dyrygentem tej post-orkiestry na tuzin instrumentów bardziej, mniej i jeszcze mniej tradycyjnych jest Sean McCann, głowa Recital. Simple Affections, tak jak i jego prostoduszna nazwa, kampowe artwork oraz pocztówki, zabawny napis na okładce („composers & posers”) oraz równie zabawne didaskalia McCanna, jest przeżyciem wspaniałym. Przeżyciem, co najciekawsze, które jedynie po części wyrasta z odtwarzanych w każdej z trzech kompozycji utworów muzyki klasycznej. Są one bowiem jedynie obrazem-płótnem, na którym reszta muzyków domalowuje rzeczy autorskie. Czasem jest to coś podkreślającego oryginalne piękno (np. za sprawą gry na skrzypcach), innym razem bezpardonowy wąs strzelony Mona Lizie. Przez cały czas jednak trudno nie być zaintrygowanym, a jednocześnie album wręcz zaprasza, żeby robić przy nim coś innego – krzątać się, kichać, drapać, gotować, odkurzać, rozmawiać, przestawiać krzesła, uruchomić inne źródło dźwięku. Słowem: współtworzyć go, współkomponować. Tym samym jest to wydawnictwo absolutnie magiczne, stające dokładnie wpół drogi między charakterami katalogów Recital oraz Kye. Fascynujące zderzenie sacrum i profanum (na tle kompozycji Scriabina ktoś na przykłada mlaska), odzierające muzykę klasyczną z posągowości w celu przywrócenia jej żywotnych rumieńców, zaś pozornej zwyczajności nadające rangę wielkiego przeżycia. Bardzo podobny album zrobił kiedyś Graham Lambkin (który zresztą pojawia się wśród kompozytorów/pozerów) – mowa o „Salmon Run”. Nie ma nic piękniejszego od decorum walącego się w imię twórczej swobody, świetnej zabawy, a przy okazji czegoś zupełnie, zupełnie niepowtarzalnego.

KLIK

international harvester - remains

International Harvester – Remains [Silence Records AB, 2018]

International Harvester zawsze żyło trochę w cieniu swoich innych wcieleń, Pärson Sound i Träd, Gräs & Stenar. Tymczasem jest to projekt najciekawszy, do czego znacznie lepiej przekona Was Byron Coley, który na okoliczność wydania „Remains” – kompilacji aż 5 LP, na którą składają się równie genialne, choć bardzo odmienne albumy Sov Gott Rose-Marie i Hemåt, oraz 3 winyle z bonusowym materiałem live – napisał świetne wprowadzenie. Dowiecie się z niego między innymi, że International Harvester kochał Lester Bangs, a sam kolektyw – co manifestuje się już w jego nazwie – stał wyraźnie w opozycji wobec ekspansji Zachodu, wyścigu zbrojeń i wszelkich tematów, jakie współdzieliła kontrkultura lat 60. i 70. Dowiecie się również, że International Harvester ilustrowali muzycznie swój sprzeciw znacznie ciekawiej niż większość zaangażowanych w sprawę hipisów.

Najbardziej cieszy, bo to niestety rzadkość, że bonusy nie zostały tu wepchane tylko po to, żeby sprzedać box za ćwierć naszej wypłaty. Tytułowe pozostałości z nagrań live to, jak można się spodziewać, trochę loteria jakości, ale nic tu nie schodzi poniżej dobrego poziomu. Zwłaszcza, że pojawiają się tu rzeczy, których na płytach nie uświadczymy, a poszerzają one jeszcze bardziej stylistyczny rozmach kolektywu. Intensywne „Hoarse Horse” jest na przykład zarejestrowane tak, że przypomina dubową produkcję, ostatecznie lądując gdzieś między folkiem, free jazzem, a 23 Skidoo (którzy, dodajmy, też lądowali zwykle pomiędzy lub ponad gatunkami). „Dada Babble Boogie” to z kolei jajcarskie kuriozum, a przy tym diablo kreatywne niczym najbardziej przewrotne dada odjazdy Can czy Faust. Natomiast słuchając powolnego, obrządkowego transu „Cello Spear”, dotarło do mnie już ze 100% pewnością, że środowisko Enhet For Fri Musik namiętnie słuchało International Harvester.

KLIK

***NON-ACADEMIC EGGHEADINESS***

michael pisaro - etant donnes

Michael Pisaro – Étant donnés [Gravity Wave, 2018]

Po 4 latach przerwy Michael Pisaro odświeżył swój label Gravity Wave. Ba, odświeżył podwójnie, wytaczając potężny double strike. O jego kolejnym już albumie nagranym z Reinierem Van Houdtem („Shades of Eternal Night”) może kiedy indziej, ale o „Etant Donnes” wspomnieć trzeba. Na tym albumie bowiem Pisaro, kompozytor, który i tak zdążył dać się już poznać z holistycznego myślenia o muzyce, poszerza pole walki o muzykę pop. Tak jest, punktami wyjścia kompozycji są tutaj między innymi: „Super Fly” autorstwa Curtisa Mayfielda, motyw z „Ucieczki z Nowego Jorku” (z przewrotnym tytułem “Escape From New Chords”) czy jakaś piosenka riot grrrl (Pussy Riot?), zmashowana, jak gdyby nigdy nic, z fragmentem symfonii Shostakovicha. Żeby nie było – to nie tyle Pisaro w wersji pop, ile pop w wersji Pisaro. Nie ma tu jednak śladu jakiejś akademickiej bufonady – wchłonięcie popkultury na „Étant donnés” wydaje się całkiem afirmatywne, wręcz entuzjastyczne. W muzyce współczesnej wszak nie ma miejsca na piedestały i sztywne decorum – i bardzo dobrze. Nie mówmy tu co prawda o szalonej dekonstrukcji popu w stylu Michaela Morleya w Gate (muzycznie bliżej tu Pisaro do Jasona Lescalleeta), niemniej sztuczna i niepotrzebna ściana między poważką i niepoważką zostaje zburzona.

KLIK

wovenland

Toshiya Tsunoda / Taku Unami – Wovenland [Erstwhile, 2018]

Spec od field recordingu i pasjonat eksperymentów EAI łączą siły. W zeszłym roku Taku Unami nagrał album z Grahamem Lambkinem, „The Whistler” – słuchowisko pociągające, choć bardzo enigmatyczne, nawet jak na tych artystów. „Wovenland” to, jak sugeruje tytuł, świat u-pleciony. Podobnie jak w plecionym słomianym kapeluszu czy koszyku, materiał, jaki składa się na ten album, jest całkowicie naturalny. To nagrania terenowe, zarejestrowane w rozmaitych przestrzeniach i miejscach na świecie, głównie w przestrzeniach publicznych – parkach, bibliotekach, etc. Ręce ludzkie wskazują jedynie kierunek oraz wzór splotu. Mimo że album nie sugeruje wprost żadnej narracji czy znaczenia, w mojej głowie podczas odsłuchu przewijają się obrazy niemalże apokaliptyczne. Tytuł najlepszego w zestawie „In the city, fire sirens” wraz z jego zatrważającą atmosferą, przypominającą budzenie się w otchłani czegoś, co obudzić się nigdy nie powinno, a do tego dwa ekstremalnie zglitchowane numery, „In the park” i „In the farmland”, zasiewają w uchu słuszny niepokój. Może to tylko ja, ale każdy właściwie każdy indeks na tym albumie zasiewa we mnie lęk – na tyle jednak nieoczywisty, że chce się do tego słuchowiska wielokrotnie wracać.

***NOW LET’S GO OUTSIDE, FOLKS***

rose mercie

Rose Mercie – s/t [sdz records, 2018]

Rose Mercie to zespół czterech pań z Paryża – Charlène, Inès, Louann oraz Michèle, których śpiew zdecydowanie jest najistotniejszym elementem. Wrzucanie tego do kategorii okołofolkowej jest czysto umowne, bo muzycznie dzieje się tu zaskakująco dużo. To równie dobrze folk stworzony w garażu, garage pop z mocno folkowym profilem, psych pop przełamany post-punkiem czy awangarda z domowych pieleszy. Gubię się? To dobrze. Debiut Rose Mercie rozpuszcza bowiem swoje inspiracje. Śliczne ludyczne zaśpiewy, przestrzenność i nieco rustykalna atmosfera całości klasyfikują Rose Mercie w mojej głowie w kategoriach folkowych, ale sprawa nie jest taka prosta. Otwierające album „Floating” przypomina z jednej strony australijski hammock pop w stylu wczesnego Dick Diver, ale z drugiej – czego tu zdecydowanie najwięcej – reminiscencje folku z początku wieku XX w wykonaniu Josephine Foster albo jego uroczo amatorską odnogę w wydaniu The Cherry Blossoms (siłą rzeczy – blisko wypadnie wspólny album Foster i Blossomek). No ale właśnie, jest jeszcze ten szeroko rozumiany post-punk wyłażący tu i ówdzie, zwłaszcza w gitarach. W „Moyen-Age” można poczuć vibe Stereolab, by w połowie skręcić właściwie w dance punk. W „Spring And Fall” słyszę upite na łące Th’ Faith Healers albo Quickspace. „How Can I Talk” to trochę The Fall goes folk, gdzie „The End Of Love” przypomni najstarsze Modest Mouse. Mało? „In The Valley” jest wręcz punk-bluesowo nakręcone, przy czym panie z Rose Mercie cały czas spajają wszystko estetycznie swoimi głosami i jednolitym stylem nagrania. A propos – wiecie, kto to masterował? Owszem, wszędobylski Mikey Young.

KLIK

la novia - toad

Toad – Toad [La Nòvia, 2018]

Ponownie Francja. La Nòvia to kolektyw skupiający w sobie artystów poruszających się na obrzeżach eksperymentalnego, improwizowanego folku – z reguły o surowej, brutalistycznej sile, oraz neo-pogańskich aspiracjach. Nie znam katalogu La Nòvia zbyt dobrze, ale po inne albumy Toad na pewno sięgnę z pewnością, bo ten właśnie rekomendowany jest wspaniały. Głębokie, organiczne, rytualne drone’y grają tu główne skrzypce, ale i same skrzypce (a uściślając – wiolonczela) są w tym tumulcie kluczowe – w pierwszej kompozycji, intensywnym, dudniącym groźnie „Le Marchienne”, ten szlachetny instrument jest eksploatowany tak intensywnie, że można wyobrazić sobie rajd wojowników, pędzących dziko w naszym kierunku z zakrwawionymi smyczkami w dłoniach i płomieniami odbijanymi w zahipnotyzowanych oczach. Majestatyczny terror. „La Quille” jest już bardziej pyłem pozostałym po pierwszym utworze, ale od połowy również próbuje sięgnąć intensywności poprzednika – tutaj na pierwszym planie zarysowuje się gitara, która przez swoje gęste otoczenie buduje iluzję zmultiplikowanej jak w jakiejś gitarowej orkiestrze Rhysa Chathama. Muzyka, która budzi respekt nawet wśród mieszczańskich plemion.

KLIK

***FOREGROUND BACKGROUND***

felicia atkinson - coyotes

Félicia Atkinson – Coyotes [Geographic North, 2018]

Dotychczas miałem z Atkinson romans połowiczny. Cenię ją w roli, nazwijmy to, „projektantki dźwięku”, ale czasem brakuje mi u niej angażującej substancji. „Coyotes” to póki co moje ulubione wydawnictwo Francuzki. Iskrzący ciepłą syntezą i pianinem, urozmaicony szeptanym wokalem ambient w „Lighter Than Aluminium” (świetny tytuł, niemal współbrzmiący z zawartością) – doskonała rzecz. ”Abiqui” jest jeszcze lepsze – po wspaniałej, niemalże liturgicznej w swojej atmosferze ekspozycji, dołączają dwa niezależne głosy Atkinson i zaczyna dziać się magia. Magia w sensie dosłownym, bo sentencje wypowiadane przez Atkinson na tle podkładu wygładzającego i zmiękczającego procesy naszego mózgu mają moc zaklęcia. Obok Carli Dal Forno to obecnie chyba najciekawsza czarodziejka z krainy dźwięków obcych, hipnotyzujących, uwodzących.

KLIK

sarah davachi - let the night

Sarah Davachi – Let The Night Come On Bells End The Day [Recital, 2018]

Kiedy tylko wychodzi coś z Recital, labelu Seana McCanna – o nic nie pytam, biorę w ciemno i jestem przekonany, że dostanę to, czego oczekuję. To jest doskonale spójny estetycznie label, po którego wydawnictwach zawsze można się intuicyjnie spodziewać pewnej filozofii i wrażliwości, choć nigdy nie sposób przewidzieć w jakiej konkretnej formie się one zamanifestują. Nowy album Sary Davachi, który nie przestaje mnie zachwycać po jakichś trzydziestu odsłuchach, wpisuje się tę Recitalową tęsknotę za liturgicznie wręcz uświęconą codziennością, a także za średniowieczną ascezą w języku muzyki lub wręcz przeciwnie – za jej barokową obfitością.

Mówiąc to, i dodając, że Davachi używa na tym albumie przede wszystkim melotronu i elektrycznych organów, wiadomym jest już, że Let The Night Come On Bells End The Day krąży po tej samej orbicie co Music For Church Cleaners Áine O’Dwyer. Muzyka barokowa mocno przesiąknęła trzy pierwsze kompozycje tego wydawnictwa, z tym że Davachi pozbyła się z niej nadmiaru ornamentyki, a cały przebieg melodyczny rozciągnęła w czasie do postaci drone’ującego ambientu, co nadaje jej właściwie średniowieczne doświadczenie wielkiej przestrzeni gotyckiego kościoła. Takie właśnie jest najpiękniejsze w zestawie „Mordents”, które brzmi też trochę jak kompozycja ze ścieżki dźwiękowej do gry w niebanalny sposób osadzonej w fantastyce spod znaku magii i miecza, i która to gra, gdyby tylko posiadała taką oprawę, czarowałaby już choćby tylko ze względu na nią. Atmosferę zmienia nieco „Buhrstone” – minimalistyczny nokturn, z niesamowicie zorganizowanymi planami oraz ładunkiem melancholii, przy którym można popłakać się tak samo obficie, jak przy albumach Rachel’s. Wieńczące album „Hours In The Evening” to już za to najczystsza od melodii oraz wpływów muzyki dawnej kompozycja – modulowany subtelnymi odblaskami drone, wypływający u podstaw z zamrożonego, lekko jedynie pulsującego dźwięku organów.

Kocham ten album całym sercem, a tymczasem we wrześniu ukaże się kolejny: https://noisey.vice.com/en_us/article/zmkxa4/sarah-davachi-gave-in-rest-evensong-stream-interview

KLIK

***UNDESCRIBABLE BEAUTINESS***

ashley paul - lost in shadows

Ashley Paul – Lost in Shadows [Slip, 2018]

Nigdy wcześniej nie słyszałem o Ashley Paul, mimo że współpracowała z tuzami artystów, od Rashada Beckera, po Rhysa Chathama czy Thurston Moore’a. Wiem jednak jedno – nigdy już o Paul nie zapomnę. Jej wyobraźnia, multinstrumentalne umiejętności i, przede wszystkim, zdolność wykorzystywania tych instrumentów w zupełnie nieszablonowy sposób – jestem zachwycony. Jazz, pop, elementy muzyki klasycznej, folk i EAI w spójnej, nadal piosenkowej formie? Dla Ashley Paul to zupełnie naturalne. Zaskakujące, jak zmysłowa ludowość i mieszczańska awangarda mogą się fascynująco porozumieć ze swoimi duchami, tak jakby „Lost in Shadows” było jakimś muzycznym odpowiednikiem planszy ouija. Kraina eksperymentu, wypełniona dysonansami i dźwiękami „niechcianymi” (stuki, skrzeki, wycie saksofonu, itp.) rzadko kiedy bywa zarazem tak powabna, przystępna, baśniowa. Świat, który Paul tutaj tka, z jednej strony wydaje się maleńki i wyizolowany jak komórka pod schodami, a z drugiej rozległy, otwarty, przekraczający sam siebie za sprawą wyobraźni. Panuje tu atmosfera przypominająca alchemiczne zabiegi z chatki czarownicy – pod tym względem Paul to trochę Juana Molina („Bounce Bounce” mogłoby bez problemów posłużyć za szkielet jakiejś piosenki Argentynki), tyle że w wydaniu znacznie bardziej awangardowym. „Night Howl” przypomina mi za to Grouper w wersji stripped down i nie przypominam sobie, kiedy ostatnio słyszałem tak intrygującą nokturnową kompozycję. Przy lunatycznym „Breathless Air” wyobrażam sobie spacer pośród dawnych awangardzistów. Wstydzę się tych metafor przy tak magicznym albumie.

KLIK

luciano cilio - dialoghi

Luciano Cillio – Dialoghi del presente [btf.it, 2018, oryg. 1977]

Włoski minimalizm w ostatnich latach cieszy się powrotem do łask. Od kilku lat trwają wznowienia albumów Franco Battiato, w zeszłym roku wznowiono wspaniałe „Motore Immobile” Giusto Pio, a teraz przyszedł czas na kolejne – po reedycji z 2003 r., do której liner notes napisał Jim O’Rourke – wydanie „Dialoghi del presente”. W tamtych latach Włosi potrafili – zarówno w muzyce, jak i w filmie, czy w sztukach plastycznych – w każdy gatunek tchnąć coś nierozerwalnego z ich mentalnością i położeniem geograficznym. Włoski prog, włoski styl pisania ścieżek dźwiękowych, wreszcie włoski minimalizm, niezwykle różnorodny i organiczny – wszystkie te realizacje są tak osobne, że można mówić tu już chyba o włoskich odmianach tychże gatunków czy prądów.

Luciano Cillio to jeden z zapomnianych współczesnych włoskich mistrzów. Przez swoją wyalienowanie oraz głęboko melancholijną wrażliwość, która najpierw wywołała depresję, a następnie skłoniła do samobójstwa w 1983 r., porównywany bywał m.in. do Nicka Drake’a – mimo, że muzycznie są to zupełnie inni artyści. Cillio, przy całym swoim wyciszeniu, korzysta jednak z zaskakująco wielu źródeł dźwięków (gitara, pianino, dęte, smyczkowe, wielogłos) i samych dźwięków również, tyle tylko że organizuje je w ciszy na sposób minimalistyczny. „Primo Quadro „Della conoscenza”” to jedna z najpiękniejszych kompozycji, jakie dane mi było słyszeć. Pierwsza jej część, z atmosferą dawnej folklorystyki o tajemniczym powabie, może kojarzyć się nieco z fragmentami twórczości Big Blood. Ostatnia część utworu, zredukowana już do samego pianina, przypomina nieco impresje w stylu Erika Satie, a trochę japońską, kinematograficzną melancholię na klawisze reprezentowaną przez Joe Hisashiego czy Ryuichiego Sakamoto. Absolutnie przepiękna rzecz. Tymczasem jednak im dalej w las, tym „Dialoghi del presente” staje się bardziej ambientalne. Te kompozycje nie zniosły już próby czasu tak dobrze. Dwa kolejne obrazy („quadro” – obraz) są piękne, ale „Quarto Quadro „Della conoscenza”” wydaje się bezcelowe – jej specyficzny niepokój, a nawet suspens, stwarzają potencjał, by znaleźć się na soundtracku do „Cul de Sac” Polańskiego, ale jako naga kompozycja pozbawiona ilustracji jest rozwlekła i nieco irytująca. Na tory, którymi moim zdaniem powinien podążać cały album, wraca zamykające go „Interlude”, tworząc wraz z pierwszym utworem klamrę. Cillio gra tu trochę coś w stylu swojego autorskiego flamenco albo swoisty „italian primitivism”. Szkoda, wielka szkoda, że talent Cillio tak szybko nas opuścił.

Jeśli temat włoskiego minimalizmu jest Wam zupełnie obcy – bardzo polecam na start króciutki, ale dobrze wyselekcjonowany przewodnik: https://blogthehum.wordpress.com/2016/03/30/the-obscure-brilliance-of-italian-minimalism-in-nine-albums/

KLIK

***COLUMBUS, OHIO***

tommy jay - florida songs

Tommy Jay & General – Florida Songs [Feeding Tube, 2018]

To niesamowite, że artyści z podziemia Ohio tacy jak Ron House, Tommy Jay czy Don Howland, którzy swego czasu wymyślali punka najbliższego naszym sercom, a właściwie to punka w ogóle, nadal nagrywają. Ba, i to świetne płyty! 3/4 Ego Summit (brakująca ćwiartka to nieobecny już wśród nas Jim Shepard) jest w stanie wciąż wydawać w roku 2018 niezłe albumy. Walić dietę Japończyków z Okinawy, jedźmy starzeć się do Columbus. Tommy Jay, jeden z owych pionierów samoróbkowych domowych nagrywek, wrócił z zupełnie świeżym materiałem. Drzwi nie wyważa, bo sam je wyważył jakieś cztery i pół dekady temu, ale jeśli komuś po drodze z ohiowską surowizną pełną humoru, pasji, prostej, ale czasem zaskakującej kreatywności – trzeba do „Florida Songs” zajrzeć. Lekko stuknięta, choć czasem również łapiąca za serce, patchworkowa płyta, trochę w duchu solówek Alexa Chiltona albo ostatniego tryptyku Alana Bishopa.

don howland - endgame

Don Howland – Endgame [self-released, 2018]

„This record is about being pissed off. Really, really f-ing pissed off” – czyli wrócił Don Howland. Wściekły, zniesmaczony, słowem – doskonały w swojej howlandowości. Jeśli idzie o świeżość materiału, dostaliśmy nowy album tylko w połowie. Większość numerów pochodzi z jego wcześniejszych krążków, co nie dziwi, bo Howland jak nikt inny lubi pracować na szkieletach tego samego materiału przez lata, a nawet dekady. Nie wiem, która to już wersja „Half Off”, ale ta tutaj, nagrana z koncertu, przyspieszona i z dodanymi organami (najwidoczniej weszły na stałe do repertuaru po „Life Is A Nightmare” – propsuję), z pewnością jest najbardziej garażowa. Howland znów ma zespół, a ten album udowadnia, że jest w świetnej formie. Tyłek kopie też „High In The Treetops”, utwór nowy, choć zainspirowany doskonałą EP-ką Bassholes sprzed 15 lat – „Out In The Treetops”. Kolejny nowy numer – „In With the Out Crowd” z interesującym huczeniem (tak, huczeniem na podobę sowy) organów. Potem znów numer, który już znamy – „Buckeye Jim”. Zabawne, choć i wkurwione „Thank to CIA”, które od razu skojarzyło mi się z klasykiem The Fugs, zwłaszcza w wykonaniu Sun City Girls. Niespodziewane „How Now Brown Cow Baby” – instrumental o melancholijnym wydźwięku, do kontemplowania w stodole. Na koniec bardzo fajne „Looking Glass Rock”, które napisał Jon Witsky – obecny kompan koncertowy Howlanda, ale i autor okładki.

KLIK

Jeśli za mało Wam Ohio A.D. 2018, sprawdźcie również sympatyczny nowy singiel Rona House’a z Counter Intuits.

***FROM NEW ZEALAND WITH LOVE***

nocturn

Nocturnal Projections – Complete Studio Recordings [Dais Records, 2018]
Nocturnal Projections – Inmates in Images [Dais Records, 2018]

Bracia Jefferies – moi ulubieni bracia w muzyce. Moja miłość do This Kind Of Punishment nie umrze nigdy, tymczasem Nocturnal Projections to wcześniejszy projekt braci, znacznie bardziej tradycyjnie osadzony w post-punku. Dużo porównań do Joy Division, co jest na rzeczy, ale i nie do końca – muzyka Nocturnal Projections jest zdecydowanie bardziej punchy, bardziej punkowa, i w zupełnie innym odcieniu czerni czy szarości. To na pewno coś więcej niż JD z Nowej Zelandii. Surowy, motorycznie zapętlony bas w „You’ll Never Know” zaczyna się bardziej jak kawałek feedtime niż cokolwiek z „Unknown Pleasures”. Bliźniaczy jest jedynie sposób nagrania perkusji, ale ten patent miał na przełomie lat 70. i 80. potencjał tak duży i proszący się o szersze użycie, że zarzucanie kalki byłoby równie niedorzeczne, co wkurzanie się na obecność wstępu z „Be My Baby” w setkach utworów. Słuchając „Isn’t That Strange” nie mogę przestać porównywać tego numeru z muzyką GG Kinga – to podobny recepta post-punk o gotyckim zabarwieniu, ale w wersji piosenkowej, bez teatru, kabaretu, ozdób (nie, żebym miał coś przeciwko). Rzecz zaczyna się jednak robić zupełnie osobna na wysokości genialnego „Could It Be Increased?”. Inspiracje z JD przechodzą tu na Wire – gitary są intensywne, ale niekoniecznie spieszne, a do tego zorganizowane. „Difficult Days” przypisać należy już raczej podwalinom pod kiwi pop, ale w ten klimat kompletnie wpada dopiero „Purgatory Days”. „In Darkness” to jak garaż, który wpadł swój cień. I chociaż Nocturnal Projections z pewnością nie intryguje tak jak This Kind Of Punishment, to warto wziąć sobie do serca celne słowa Jennifer Kelly z Dusted: „But it’s maybe more significant for what it isn’t, since rejecting this rhythmically straightforward, fulsome aesthetic is what gave us This Kind of Punishment. It’s almost like they had to do this, and get good at it, in order to reject it entirely, and go on to something far more interesting.”

Dwa lata temu Dais wznowiło również albumy The Cakekitchen.

omit - enclosures

Omit – Enclosures 2011-2016 [End of the Alphabet, 2018]

Omit – prywatnie Clinton Williams – to jeden z najciekawszych i najbardziej zapomnianych outsiderów z Nowej Zelandii. Williams od samego początku lat 90. wydaje w podziemiu elektronikę o tak wyalienowanym profilu, że Dreszcz dziwności, jakie wywołuje muzyka Omit, w dużej mierze generowana z własnoręcznie zmanipulowanych maszyn tranzystorowych, prędzej przypomni rzeczy w rodzaju The Shadow Ring, Call Back The Giants, Smegmy, Coil albo coś w rodzaju tranzystorowego, odhumanizowanego techno. Pierwszy raz o Omit otarłem się za sprawą składanki Le Jazz Non – zbierającej noise z nowozelandzkiego podziemia. Bruce Russell z The Dead C, który wydał niegdyś Omitowi album w swoim labelu Corpus Hermeticum oraz jako Dust nagrał z nim split album, w liner notes do opisywanej kompilacji wprost nazywa Williams geniuszem. Najłatwiej jego muzykę wytłumaczyć chyba można za sprawą niesamowitych artworków, którymi sam opakowuje swoja nagrania. Niesamowitych w oryginalnym tego słowa znaczeniu. Jest to bowiem mieszanka niepokojącego futuryzmu i niespotykanych kreatur rodem z weird fiction – z jednej strony technologiczne „Z archiwum X” albo koszmary śnione przez stare maszyny NASA, a z drugiej tajemniczy świat, do którego sięga się z zaciekawieniem i grozą.

KLIK

sandra bell - net

Sandra Bell – Net [Drawing Room Records, 2018]

Brakujące ogniwo między nowozelandzkimi brzmieniami a mocnym kobiecym rockiem w stylu Patti Smith czy PJ Harvey, tyle że ze znacznie lepszymi gitarami. Słychać też najntisowe Sonic Youth – ściana gitar pełna sprzężeń, apatyczne i bardzo cool wokalizy a’la Kim Gordon („Car”). Cudowny hałas w „Baby Brake”, gdzie Bell w zgodzie z tornadem gitar wrzeszczy „they make me want to screeeaaammm”. Deaf Wish nie powstydziłoby się takiego numeru. Czuję też delikatne podobieństwa do Th’ Faith Healers i w ogóle do świeżych gitarowych brzmień z Too Pure. „Caitlan” z prostymi, chwytającymi jednak za gardło partiami pianina i skrzypiec, przypominają bardzo zaprzyjaźnione This Kind Of Punishment. Cieszą niezmiernie echa najbardziej sonicznego VU na całym albumie – zwłaszcza gitary a’la Sister Ray. Fantastycznie brzmiący album.

Warto sprawdzić poprzedni album Bell, również niedawno wznowiony: https://sandrabell.bandcamp.com/album/dreams-of-falling-album

and band - southern

The And Band – Outhern [Spacecase, 2018]

Wellington, początek lat 80. Eksperymenty z prób znudzonego rockowymi formami zespołu. Pomyślcie o fińskim The Silver. Pomyślcie o The Godz. Pomyślcie o nowozelandzkim The Spies, wznowionych kilka lat temu za sprawą Siltbreeze – to właśnie po rozpadzie tego zespołu powstało The And Band. Materiał zebrany na „Outhern” tworzy album tak nierockowonormatywny, że właściwie outsiderski. Cudownie bełkotliwe „Valhalla”, rozpadająca się rytmicznie i rozwarstwiająca wokalnie na wszystkie strony. „Nausea”, czyli najbardziej ekseprymentalne The Velvet Undeground, które dopiero co wstało z łóżka. Zdekonstruowany garaż w „Dr Brill”. Prymitywne jak nieudolna piosenka dziecięca „Holier Than Thou”. Co tu dużo mówić – to właśnie The Spies i The And Band zainspirowały w Nowej Zelandii scenę DIY. George D. Henderson założy później niesłusznie zapomniane (nawet wśród fanów kiwi popu/awangardy) Puddle.

***OUTSIDER INSIDER MUSIC***

the space lady - on the street

The Space Lady – On the Street of Dreams [Bongo Joe, 2018]

Nic nie cieszy tak bardzo, jak zwracanie chwały takim nietypowym skarbom The Space Lady. Zwłaszcza, kiedy nowa fala zainteresowania doprowadza do światowej trasy, a artystka przekonuje się do nagrania nowych piosenek. W zeszłym roku Mississippi Records wydało repress zbioru jej utworów, oryginalnie . Teraz mamy nowe piosenki, choć standardowo część z nich to covery – jej wersja „Across The Universe” podoba mi się znacznie bardziej niż oryginał. Artystka uliczna tworząca muzykę kosmiczną, wyśnioną, transcendentną, odziana w plastikowy hełm Asterixa i wykonująca z pozycji nie mniej prozaicznej niż przydomowe stoisko z lemoniadą – czy w takim anturażu można wybrać sobie lepszy tytuł albumu niż „On the Street of Dreams”? To niesamowite, że Space Lady potrafi przekroczyć wszystkie nieszlachetne, budżetowe i kiczowate składowe, i wykreować bardzo outsiderską, ale wspaniałą, eteryczną atmosferę. W innych fragmentach, „Radar Love”, dźwięki składają się na tak sugestywny nastrój sci-fi, że piątkę na ulicy przybiłaby naszej bohaterce sama Delia Derbyshire.

***PUNK PROTOTYPES***

simply saucer - cyborgs

Simply Saucer – Cyborgs Revisited [In The Red, 1974/2018]

Kanadyjski proto-punk. Psych punk. Jakie inspiracje słychać u Simply Saucer? Najzacniejsze. „Fun House”, „Piper At The Gates Of Dawn”, Velvet Undeground, MC5, 13th Floor Elevators, Captain Beefheart, Hawkwind, Sun Ra i może trochę The Modern Lovers (wiadomo, że to można wpisać na konto VU, ale akurat wspaniałe, nonszalanckie „Bullet Proof Nothing”, to jest charyzma typowo Richmanowska). Komu Simply Saucer przetarli szlaki? Ponownie, samych zacnym zespołom. – Chrome, Television, Swell Maps. „Mole Machine” to jeden z najoryginalniejszych kawałków psychowych w swoim czasie – przypominający już znacznie bardziej bedroomowe eksperymenty z dźwiękiem w stylu Swell Maps, Chrome czy Twinkeyz niż choćby (już przecież poszukujące) 13th Floor Elevators. „Dance The Mutation” to jedyny blues jaki godzi się grać białemu człowiekowi – na prymitywnie przesterowanych gitarach. Brzmi to trochę jak zagubione dziecko The Velvet Undeground, Rolling Stones i The Seeds. Najwięcej VU w „Illegal Bodies” – kawałek biegnący sobie w niewiadomym celu, celem jest jego podróż. Ichniejsze „Sister Ray”. Co zaskakujące, kawałek przypomina mi również Eddy Current Supression Ring, co uświadomiło mi właśnie, ile VU siedzi w graniu ECSR. Ten materiał nie zestarzał się ani o jotę.

the real kids - demos

The Real Kids – The Kids 1974 Demos [Crypt Records, 2018]

The Real Kids byli jednym z formatywnych zespołów power-popowych, jedną nogą zawsze mocno w punk rocku. Dema z 1974 będą oczywiście bardziej punk rockowe niż późniejsze numery, co samo w perspektywie rozwoju zespołu jest oczywiście naturalne, za to w szerokim ujęciu historycznym – nie takie zwyczajne. No bo hej, mamy tu rok 1974 – na mapie punk rocka nie ma jeszcze wyrazistych punkrockowców, raczkują Ramones, fermentuje scena z Ohio, dopiero co temperemanty rozbudzili Stooges, Velvet Underground, wtórujący tym drugim Modern Lovers, no i New York Dolls (których wczesna inkarnacja The Real Kids nawet nieco przypomina). A tutaj ’77 czuć w powietrzu. Demówkowa wersja „Just Like Darts”, ich przepięknego downera, który zawsze kojarzył mi się nieco z nastrojem „Metal Circus” Husker Du, jest szybkim rockerem. „I’m Going Blind” z kolei ma już te pożądane power-popowe rumieńce, tworząc właściwie wczesny blueprint dla takich The Exploding Hearts. Ciekawostka: zanim Cheater Slicks pozbyli się basu na dobre, przez skład przewinął się nie tylko brat GG Allina – najpierw bas obsługiwał właśnie Allan „Alpo” Paulinho z The Real Kids. Słuchając tej surowizny z wokalami, które biorą na siebie za dużo, w ogóle mnie nie dziwi.

***HELL IS SYNCOPATED***

dwarfs of east agouza - rats

The Dwarfs of East Agouza – Rats Don’t Eat Synthesizers [Annihaya/Akuphone, 2018]

Nikt tak pięknie nie łączy tradycji zachodniej i wschodniej improwizacji jak Dwarfs of East Agouza, wystrzeliwując je przy tym w kosmos tak zwariowany, że nie był tam chyba nawet Sun Ra. Zwłaszcza, że udało im się nagrać album jeszcze bardziej rozgrzany, kreatywnie chaotyczny i hipnotyzujący od Bes. Pierwsza improwizacja strukturyzowana to typowy klejo-rozklejacz – warstwy instrumentów raz doskonale ze sobą współgrają, by za sekundę odlepiać się od siebie i tworzyć dysonanse. Taki barwny zaduch sugestywnie ilustruje atmosferę jakiegoś kairskiego marketu, pełnego bazarów z wzorzystymi chustami, mieszającymi się w nozdrzach intensywnymi aromatami, dezorientującego gwaru oraz wirującego trochę podług wzoru, a trochę bez ładu i składy tłumu. Album kradnie jednak strona B, „Ringa Mask Koshari”. Spokojny, choć dysonansowy wstęp, za chwilę spięcie całości za sprawą basującego nisko syntezatora i wreszcie kapitalne zagęszczenie się kompozycji – rozkręca się egipski taniec pod ramię z demonicznymi bożkami (wirują w nim razem Glenn Branca i Pharoah Sanders), by znów rozlecieć się w chaos, z którego wszystko pochodzi i w który wszystko, ostatecznie, się obróci. Zanim to jednak nastąpi – niech gryzą na w uszy wschodnio-zachodnie przyprawy The Dwarfs of East Agouza.

flaherty corsano - hated music

Paul Flaherty & Chris Corsano – The Hated Music [Feeding Tube, 2000/2018]

It’s easy to love The Hated Music. Wbrew nazwie to nie jest jazz ani o skandynawskiej intensywności, ani w jakości 100% dada, która gra nam tylko na nosie. To dość nietypowo zagrany jazz, bardzo DIY, ale i diablo angażujący. Flaherty wyciąga na zmianę przeszywające i brutalne partie w stylu Brotzmannów oraz najwyższe, piszczące dźwięki, przez co brzmi groteskowo – jak skomlące zwierzę z okładki albo śpiewaczka operowa, która połknęła zabawkę dla psa. Corsano jest absolutnie kapitalny, grając chyba na absolutnie każdej części perkusji oraz perskusjonaliach, perfekcyjnie markując zagęszczenia rytmiczne i z precyzją wpadając w nieprecyzyjność, mdlejąc w arytmię. „Incident At Powder Bridge” to jedna z najlepszych jazzowych improwizacji pod słońcem, kropka.

***BOMBS ARE FALLING***

gnod - chapel

GNOD – Chapel Perilous [Rocket Recordings, 2018]

Pół-rekomendacja. Bardzo chciałem lubić GNOD, ale choć zawsze słuchało mi się ich bardzo dobrze, uwaga zawsze odlatywała gdzieś indziej. Nie pomaga mi przekonanie, że zeszłoroczny album zgarnął część pochwał za mocny protest-tytuł, a zawartość naładowały wartością bardziej nastroje społeczne niż muzyka per se. To fajna płyta, ale nie potrafię skumać jej fenomenu i nie widzę jej w odtwarzaczach za kilka lat. Jestem za to przekonany, że na żywo GNOD rozpieprzają na drobne. Z „Chapel Perilous” mam podobnie – brzmieniowo jest znakomicie, ale od braków substancji (i nieangażującego muzycznego pyłu) zamykają mi się przy nim powieki. Paradoksalnie jest jednak na tym albumie jeden z najlepszych numerów roku 2018. Gdyby masyw brzmienia z „Uncle Frank Says Turn In Down” mógł fizycznie spaść wam na klatkę piersiową, pękłyby wam żebra i wyzionęlibyście ducha. Moc godna Gravitar, No Balls, USA/Mexico, ale…

KLIK

weasel walkter - skhiizm

Weasel Walter – Skhiizm [ugEXPLODE , 2018]

…żadna to moc w porównaniu z tym, co na nowej solówce odstawił Weasel Walter. Typ zwariował już kilka dekad temu, ale tutaj hamulców brak, tytan urwał się z łańcucha, nie pomoże wojsko i zapory z betonu. Muzykowanie młotem. Ear bleader, mind stomper, world crusher, fascism destroyer. Tu już nie chodzi o rytmiczne złamania czy piętrowe, progowe konstrukcje. Jeśli to nadal brutal prog, to 90% brutal, 10% prog. Jeden wielki, masywny, nihilistyczny (lub zaangażowany na maksimum) wpierdol na granicy kondycji – Waltera i jego kolegów w zbrodni, ale i biednego (czyt. szczęśliwego) słuchacza. USA/Mexico kind of disaster. „Assured Self-Sabotage” – najpotężniejszy numer, jaki usłyszycie w tym roku. A jeśli jakimś cudem przeczołgacie się przez 6 pierwszych numerów, to 20-minutowy „The Hangover Heart Attack Variations” ostatecznie zdmuchnie wasz flak z powierzchni planety.

P.S. Gdyby ktoś pytał, moja ulubiona płyta The Flying Luttenbachers to „…The Truth Is A Fucking Lie…”.

KLIK

***POP EXTRAVAGANZA***

lolina.jpg

Lolina – The Smoke [self-released, 2018]

Inga Copeland, czyli połówka Hype Williams – projektu z UK, którym nigdy nie potrafiłem się w pełni zainteresować. Podobało mi się kilka rzeczy zrobionych przez Deana Blunta na boku, podobnie z Copeland, ale do romansu z ich wydawnictwami było mi daleko. Tymczasem Lolina i „The Smoke”. Wow. Ależ to jest kreatywne, osobne, autorskie, wspaniałe. Sypialniane, narkotyczne, ale przy tym niesamowicie slackerskie post-r’n’b, mocno rozkochane w estetyce noir – zerknijcie na nazwy utworów, plus jest to zdecydowanie muzyka do szwendania się w kapturze po słabo oświetlonych alejkach – oraz dziwności, ale takiej dziwności smakowitej, stylowej. Powstała substancja w pełni dźwiga tu dekonstrukcyjne ambicje – a przecież właśnie ten aspekt najczęściej zawodzi. Tropy współczesnej muzyki popularnej schodzą do piwnicy/sypialni (ew. sypialni w piwnicy) i w rękach Loliny morfują w rzeczy intuicyjnie bliskie, ale i niepodobne do niczego, czego produktem ubocznym jest zupełnie wsobny nastrój i prywatny język.

„Roulette” rozpoczyna album w taki sposób, jakby Copeland miała być dla współczesnego r’n’b tym, czym Captain Beefheart był dla bluesa. I w jakimś sensie tak jest. „Style and Punishment” brzmi z kolei, jakby napisali go wspólnie M.I.A. i John Bender. Tak jest, tyle samo tu wpływów współczesnej sceny hh, r&b i klubowej, co budżetowej minimal-wave’owej awangardy lat 80. Transformując cheap music w rich music, Lolina nieustannie wodzi nas za nos, na manowce i na pokuszenie, klucząc między rozpoznawalnymi kształtami, a zupełną rozbiórką przyzwyczajeń – powab niemalże radiowej piosenki miesza się z uczuciem zupełnej alienacji, poszczególne elementy nie zgrywają się rytmicznie, a mimo to zgrywają doskonale, itp. Niedbale, lecz przy tym intrygująco zaśpiewane „A Path Of Weeds And Flowers”, najbardziej popowy numer na płycie, wyciąga nieoczekiwane hooki melodyczne, przy okazji rozkręcając coś, co można by nazwać proto-bangerem (nośny dziś termin deconstructed club chyba też by tu pasował). Bogato utkane z syntezatorów „Murder”, które można spokojnie uznać za kompozycję neo-neo-neo-gotycką (te syntezatory jak zamczyskowe organy), nie powstydziliby się napisać Cosey Fanni Tutti czy 45 Grave z czasów eksperymentowania dla LAFMS. Wraz z ostatnim, wygaszonym padem w minimalistycznym, a jednocześnie bogato utkanym „Betrayal”, można zacząć zbierać szczękę z podłogi.

KLIK

mark renner - few traces

Mark Renner – Few Traces [RVNG Intl., 2018]

W żadnej innej dekadzie pop i eksperyment nie szły pod rękę tak chętnie, tak często i tak pewnym krokiem, jak w latach 80. Mark Renner to zaś jeden z przykładów na to, ile jeszcze cudów z tej dekady nie wykopaliśmy. Wychowany na wsi pod Baltimore, Renner miał dostęp do płyt poprzez jeden sklep muzyczny. Nie wiem, na ile ukształtowało go to jako człowieka i muzyka, ale jest w jego stylu pisania niepospolita bezpretensjonalność i osobność – nieważne, czy pisze piosenkę, czy komponuje ambient. The Cleaners From Venus to dobre porównanie, chociaż Renner jest o wiele bardziej eklektyczny. Gitara w promującym album „The Wild House” przypomina wczesne New Order, gdzie sama kompozycja kojarzy się z izolowanym i melancholijnym popem z Nowej Zelandii.

Ciepło i pastoralność generalnie cechują muzykę Rennera. Kiedy skręca w new romantic, to trzaska w nim ciepło z kominka, a w emocjach i brzmieniu nie ma śladu plastiku. Większą część drugiej połowy albumu zajmują instrumentalne szkice utworów. Szkice, dodajmy, bardzo udane. Sąsiadujące ze sobą „The Dyer’s Hand” i „A Fountain In The Cloister” w pełni ukazują kreatywność tego gościa. Pierwszy to Renner robiący piękne minimal techno, takie tchnięte duszą i pełne przestrzeni – nie klaustrofobiczne i duszne w stylu UK. Drugi to Renner śniący soundtracki do sensacyjniaków – i nie jest to żart, gość ma kinematograficzną wyobraźnię. Wokal wraca w „More Or Less”, które brzmi jak coś pomiędzy uśmiechniętym The Cure, a czymś, co mogliby dziś nagrać John Maus albo Moly Nillson. W „Eternal Purpose” Renner z powodzeniem próbuje ambientu, ale to dopiero indeks dalej, „The Sun In His Head, A Storm In His Heart”, wyciska z tej umiejętności coś niesamowitego – kreuje przejmujące pady, dodając do nich nagranie przemowy jakiegoś ulicznego kaznodziei. Mało? „As Big As Trees” to coś jakby electronic folk. Całość przez wokal Rennera, nieśmiało ulokowany w drugim rzędzie, przez miękką, lekką produkcję, przez – ma charakter bardziej snu o popie, niż popowej płyty per se. Eteryczna atmosfera tej płyty przypomina mi czasem tę z płyt Roya Montgomery’ego. Na Bandcampie znajdziecie króciutki dokument, po którym nie sposób nie polubić bardzo skromnej i szczerze wdzięcznej za drugie życie osoby Rennera.

KLIK

-KP

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Google

Komentujesz korzystając z konta Google. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj /  Zmień )

Połączenie z %s