Ulubione 2017 (Marcin)

Słowem wstępu

Rok 2017 to dla mnie pod kątem wydawanej współcześnie muzyki dosyć kiepski okres. Moje na wpół zdechłe konto na Rate Your Music podpowiada mi, że to najgorszy rok od 2012, kiedy to mój głównie garażowy gust zadowoliło ledwie sześć albumów. A teraz takich albumów jest tylko trzy, aczkolwiek na dokładkę znalazły się też dwa mini-albumy oraz trzy single. Najpewniej nie śledziłem nowości jak należy (przyznaję bez bicia, że, na ten przykład, na przesłuchanie ostatniej płyty Oh Sees w całości jakoś nie miałem ochoty, a nowe Kurws poznałem dopiero kilka dni temu), więcej czasu poświęcając innym zainteresowaniom i/lub zbyt często ograniczając się do słuchania muzyki starszej (tym razem było to głównie Velvet Undergound, pierwsze solowe płyty Iggy’ego Popa oraz  jakieś pół tony amerykańskiego rapu z lat 90.; swego czasu naprawdę kusiło mnie, żeby napisać na Paznokciach kilka akapitów na temat najtisowych dokonań GZA czy Gravediggaz, ale chyba jednak byłoby to zbyt osobne jak na naszą stronkę). Moja lista zeszłorocznych faworytów jest więc dużo skromniejsza od wyliczanek Karola i Marka, ale nie mam wątpliwości, że wypełnia ją prawdziwe dobro, którym chętnie zarażę kogo się da. No to do boju:

piss

Cocaine Piss Pinacolalove

Pomysłowo połamany queer-punk z Belgii. Panowie i pani wystąpili już w Polsce kilka razy na przestrzeni ostatnich lat, ale może dlatego, że ja od kilku lat w tym smutno-pięknym kraju już nie mieszkam dźwięki ich kawałków wcześniej jakoś do mnie nie dotarły. Inna sprawa, że mało śledzę współczesnego punku, w dzisiejszej muzyce na ogół preferując nieco inne terytoria. W każdym razie, Cocaine Piss najpierw zwróciło moją uwagę okładką omawianego mini-albumu – narysowaną całkiem komiksowo, pięknie kolorową i z prawdziwie wakacyjnym tłem, ale przedstawiającą raczej groteskowe, subkulturowe i mniej czy bardziej znudzone postaci, które tam niekoniecznie pasują. Luźne skojarzenie: legenda komiksowego undergroundu Robert Crumb. Sama muzyka z jednej strony, dzięki swojej wysokoenergetyczności, przestrzennemu brzmieniu i pojawiającym się czasem ładnym melodiom, jawi się jako podobnie „kolorowa” (pozytywna), ale z drugiej często dowala ciężarem, hardcore’owymi kuksańcami oraz swoistą brzydotą i monotonią wokalu. Dodamy, że regularne zmiany tempa i pewna zabawa dźwiękami przywodzą na myśl art-punk, ale Beldzy nigdy nie przesadzają i stawiają na surową precyzję (czym uwypuklają, że mają naprawdę niezłe rzemiosło). A tak w ogóle, to po pięciu kawałkach Cocaine Piss pojawiają się też trzy kawałki innych wykonawców, co jest w sumie nie lada ciekawostką wydawniczą, ale jak dla mnie niczym więcej.

angel

Destination Lonely Death of an Angel

Drugi pełnowymiarowy album Francuzów pod przywództwem wyjącego wniebogłosy Marco Fatala, wcześniej znanego głównie jako frontman bezlitośnie głośnych The Fatals (pamiętam, że na koncie na MySpace słusznie porównywali swoje dźwięki do niszczonej Hiroszimy i Nagasaki), to kolejna porcja trash-blues-punku z korzeniami w The Stooges i garage rocku lat 60. oraz z tekstami, w których mający wiecznie złamane serce podmiot liryczny zwykle pragnie swojej lub czyjejś śmierci. Jakoś tak. (Boje się zanadto zagłębiać, bo jeszcze by mi się za bardzo spodobało; poza tym francuski akcent czasem zwyczajnie utrudnia zrozumienie tekstu.) Co ciekawe, bywając wydawnictwem cokolwiek przebojowym i oferującym chyba trochę więcej prostszych kompozycji niż to miało miejsce na No One Can Save Me z 2015, album ten brzmi bardziej jak debiut. Czyli, teoretycznie, trochę jakby krok w tył na drodze rozwoju, chociaż nie jest wcale gorzej. Zresztą panowie nagrali tę płytę ledwie kilka miesięcy po debiucie i jeśliby odpowiednio wymieszać wszystkie kawałki z obu wydawnictw, wyszedłby pewnie z tego bardzo spójny podwójny album. Od strony stylistyki i konstrukcji całości to rzeczy bliźniaczo podobne – obie na zmianę prezentują kawałki dynamiczne (Death of an Angel otwiera świetna, ostra przeróbka Dirt Preacher z repertuaru blues-rockowych Gibson Bros), mniej czy bardziej leniwe, ale ciągle głośne blues-odjazdy (kwintesencją zdaje się być Only One Thing, gdzie wokalista w pewnym momencie w kółko powtarza „You wanna watch me bleed”) oraz już nieco milej brzmiące ballady (tu w oczy/uszy rzuca się zwłaszcza całkiem delikatne Death of an Angel, przeróbka zapomnianego przeboju sprzed dekad). Szkoda, że ten zespół jest tak niedoceniany na współczesnej scenie garażowej, ale cóż – bliżej mu jednak do tego, co robili Oblivians w latach 90., niż do jej dzisiejszych liderów.

CS664096-01A-BIG

Kid Congo & The Pink Monkey Birds Spider Baby / Apple in the Razorblade

Zacznę od tego, że Spider Baby to ukazująca losy rodzinki kanibali rewelacyjna czarna komedia z epoki kina grindhouse’owego, która jawi się jako brakujące ogniwo między Rodziną Addamsów a Teksańską masakrą piłą mechaniczną. I że film otwiera dowcipnie hołdująca klasycznemu kinu grozy kompozycja, której radosny tekst o konsumowaniu potworów śpiewa niegdysiejsza ikona horroru Lon Chaney Jr. A Kid Congo właśnie ją tutaj przerabia, czym zdobył moje serce zanim jeszcze miałem okazję jego wersję usłyszeć. No, staram się unikać bezkrytyczności, jednak były gitarzysta Gun Club, The Cramps oraz The Bad Seeds to niemłody przecież koleś, który milion razy udowadniał już, że zna się na rzeczy. I tak jest też tutaj. Spider Baby przerobił na przebojowy i urokliwy, stuprocentowo halloweenowy, surf rock z korzeniami w rockabilly, podczas słuchania którego noga sama tupie jak należy. Tym samym niejako przedłużył życie niedocenianego komedio-horroru z lat 60. Na stronie B singla znalazł się zaś instrumentalny surf o podobnej tonacji, choć trochę wolniejszym tempie i z pewną dozą melancholii, co czyni go tylko znakomitym uzupełnieniem Spider Baby. A tutaj – jeśli dalej nie jesteś przekonana/y! – fajnie reklamujący to wszystko teledysk: https://www.youtube.com/watch?v=6s7G-v2mWhI

LF-MOB-_cover_1024x1024

Lars Finberg Moonlight Over Bakersfield

Swego czasu dużo słuchałem The Intelligence (o A Frames nie wspominając!), ale ich ostatnie płyty zacząłem odpuszczać czując pewne zmęczenie materiału. Na paradoks zakrawa więc fakt, że wyprodukowany przez Ty Segalla debiutancki album lidera The Intelligence brzmi właściwie jak ich kolejne dokonanie, a jednak już nie mogłem przejść obok niego obojętnie. Może znaczy to, że pora już wrócić do ich dyskografii, chociaż póki co w pełni wystarcza mi Moonlight Over Bakersfield – zdecydowanie najlepiej nagrany, oferujący najwięcej zabaw dźwiękowych i najbardziej dopieszczony produkcyjnie krążek z niniejszego zestawienia. Względnie dużo tu popowej dobroci atakującej od samego początku i tym samym niemal zalewającej mózg miodem, czekoladą i sokiem wieloowocowym. Tyle że co najmniej tyle samo tu różnorakiej, zawsze psującej tą popowość, ekstrawagancji, która błyskawicznie odstraszy zwykłego śmiertelnika. A to ładnie brzmiący kawałek wypełniony nagle zostaje kakofonią pseudo-solówki granej na saksofonie (przez Mikala Cronina), a to miłe melodie napompowane zostają sterydami w postaci mocno przesterowanych gitar, a to atakuje nas nagle hałas syren alarmowych, a to na wokal wchodzi jakiś robot z przyszłości lub kosmosu (lub jednego i drugiego – to nie żart!), a to rzecz ozdabia w kółko odtwarzane „wycie” syntezatora rodem ze ścieżki dźwiękowej do jakiegoś wiekowego filmu grozy… W krainie miodu, czekolady i soku wieloowocowego trwa więc nieustanna burza, a obok piorunów niebo wypełniają też statki kosmiczne chętnie porywające przypadkowych przechodniów (za każdym razem okazujących się cierpieć na schizofrenię), ale to oczywiście działa wyłącznie na jej korzyść. Jeśli masz odpowiednio popsuty gust.

SSQ155_LAWitch

L.A. Witch s/t

Kalifornijskie wiedźmy długo kazały czekać na swój debiutancki album, ale, o ile tylko ceniło się już ich single, oczywiście warto było. Co prawda, radykalnym fanom ich małych wydawnictw wydać się on może przeprodukowany, lecz skoro na miejsce wcześniejszego brudu (który i tak był tym z gatunku „light”) pojawiło się mnóstwo przestrzeni, specyficzna senność stylu trójki tyleż sympatycznych, co zblazowanych dziewczyn została bardzo fajnie uwypuklona. Nieźle też zespolone zostały ich różne inspiracje. Garage rock, surf, psych, post-punk – wszystkie te wpływy przyniosły album (zamierzenie) monotonny, odjechany i przyjemny, który kojarzyć się może z końcem wakacji wieczorową porą (ciągle jeszcze ciepło, ale już za moment poziom nostalgii w serduchu dorówna poziomowi alkoholu we krwi). Ubolewam tylko nad jednym. Płyta składa się głównie z kompozycji znanych już z singli – co samo w sobie mi wcale nie przeszkadza – ale zabrakło na niej akurat tej, która od początku była moją ulubioną (Heart of Darkness, gwoli ścisłości). Naprawdę musiałyście mi to zrobić?!

0012187947_10

Lumpy & The Dumpers Those Pickled Fuckers

Po nie do końca udanym (za cichym! i nieco za długim) Huff My Sack, Lumpy i spółka wracają z mini-albumem, który okazuje się być ich wejściem z półobrotu. Przede wszystkim szlamowa ekipa poszła w pewne eksperymenty ze swoją charakterystyczną muzyką. Dalej jest mega hałaśliwie, prymitywnie, skrzekliwie i śmieciowo, jednak znacznie mniej w tym tradycji hc-punku, a więcej już synth-punkowych szaleństw. Tak jest, jeśli jesteś jedną z tych (odpowiednio licznych) osób, które rajcowały się przepełnionym syntezatorowymi dźwiękami singlem Flexi z 2015 roku, to tutaj znajdziesz swój raj. Nie wszystkie kawałki to ten właśnie klimacik, ale nie jest to żaden zarzut, bo mowa o zajebistym kombinowaniu, które przyniosło rzecz całkiem zróżnicowaną. W paru miejscach, na  ten przykład, panowie idą w bardzo halloweenowe nastroje (Someone’s in the House brzmi jak ilustracja jakiegoś paranoidalnego horroru z pogranicza slashera, home invasion i ghost story), czasem nawet Lumpy rezygnuje ze swojego specyficznego darcia ryja i, jak się zdaje, ujawnia jak normalnie brzmi jego głos (upiorne Clatter Song to prawdziwy strzał w dziesiątkę), a w pewnym momencie – a dokładniej w Hair on the Inside – zespół brzmi nawet jak nasza stara… Siekiera! Taki szlam to ja rozumiem.

mr_airplane_man-vera-200515-01

Mr. Airplane Man I’m In Love / No Place to Go

Po latach rozłąki w 2015 roku dwie panie specjalizujące się kiedyś w pięknie monotonnym garage bluesie wróciły z kapitalnym archiwalnym albumem The Lost Tapes, pierwotnie planowanym jako ich debiut, i rozpaliły wyobraźnie fanów. Gorzej, że wydana rok później, prezentująca wreszcie premierowy materiał, EP-ka Geneva Session mimo paru ładnych fragmentów nie zapadała już na dłużej w pamięć. I wskazywała, że ich reaktywacja to na dłuższą metę niekoniecznie dobry pomysł. Minął jednak kolejny rok i panie zaprezentowały fantastyczny singiel (podkreślmy jednak, że oficjalnie ciągle jeszcze nie został wydany – stąd oczywiście brak okładki – i sam zespół zajął się jego częściową wirtualną dystrybucją, nieodpłatnie udostępniając go radiowym DJ-om czy muzycznym fanpage’om). Na singlu z jednej strony słychać obcą im wcześniej zabawę w studio nagraniowym (I’m In love z efektami pogłosu, których spodziewałbym się raczej po Thee Oh Sees), a z drugiej klasyczną dlań prymitywność stylu, hipnotyzujący klimat oraz garage rockowy brud idealnie wypełniający tworzone przez nie przestrzenie (czyli wszystko to, co cechuje ich najlepsze dokonania sprzed lat). Cieszę się jak dziecko, zwłaszcza że singiel jest zapowiedzią planowanego na 2018 rok nowego albumu.

a4049314899_10

Ty Segall Meaning

Zeszłej jesieni Segall wypuścił aż pięć (ale za każdym razem składających się z tylko jednego kawałka) wirtualnych singli. Z czterech z nich dziś już niewiele pamiętam, choć kojarzę, że pierwszy był ładnym i przekonującym listem miłosnym do jego żony. Ten natomiast to rzecz, którą ze swoją żoną, imieniem Denée, nagrał. I jest naprawdę bardzo git, co stanowi informację wartą podkreślenia, skoro od kilku długich lat Segall oferuje piosenki na bardzo różnym poziomie, coraz częściej mając smutną tendencję do popadania w nijakość.  Trzeba przy tym zaznaczyć, że poza minutowym wstępem, będącym typową dla niego zabawą, Meaning zdecydowanie nie jest jego standardową robotą. Po pierwsze, po tejże minucie (i dziesięciu sekundach) wybucha siarczystym punkrockiem o brzmieniu identycznym jak na debiutanckim albumie jego nie wykorzystującego w pełni swojego potencjału, jednak całkiem sympatycznego projektu pobocznego GØGGS, współtworzonego z Charlesem Mootheartem (a.k.a. CFM) i Chrisem Shawem (Ex-Cult). Po drugie, i najważniejsze, choć kawałek reklamowany jest szyldem ‚Ty Segall solo’, na wokalu jest tutaj właśnie jego żona. I radzi sobie zajebiście. Wcale bym się nie pogniewał, gdyby postanowili kiedyś nagrać cały album w tym stylu, bo to mogłaby być petarda na miarę jego starych dokonań.

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Google

Komentujesz korzystając z konta Google. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj /  Zmień )

Połączenie z %s