Ziarno muzyki północnej: kolektyw Enhet För Fri Musik i okolice.

enhet logo

[Na początek mix o długości optymalnej do czasu lektury, sklejony z muzyki artystów związanych z Enhet För Fri Musik. Starałem się, żeby kompilacja była możliwie przystępna. 3,2,1… -> https://www.mixcloud.com/fulltimemisery/ppt-mix-1-g%C3%B6teborg-f%C3%B6r-fri-musik/ ]

Szwedzkie miasto Göteborg to nie tylko Ace Of Base, Air France czy Sally Shapiro. Nie tylko melodyjny death metal, ale już trochę bliżej. W ostatnich latach w podziemiach Göteborga zrodził się kolektyw artystów, którzy tworzą rzeczy wyjątkowo osobne. „Fri musik”, „musik brut” – te pojęcia przewijają się na płytach artystów z Enhet För Fri Musik jak krótkie, ale wystarczająco treściwe manifesty. Ta muzyka manifestuje się bowiem sama przez się. Wystarczy wyłowić trzy losowe albumy z tej niszy, żeby wyczuć, jakie założenia połączyły ich twórców. Wbrew pierwszemu wrażeniu, nie chodzi tu bynajmniej o estetykę lo-fi, o noise, o jakikolwiek radykalizm – bo co to właściwie tłumaczy? Rozchodzi się bardziej o konsekwentne podejście do kwestii wyemancypowania hałasów i elementów pozornie niemuzycznych. O pewien holistyczny sposób myślenia o muzyce, w której jest miejsce na tradycję, konkret, teren i wszystkie produkty uboczne. O kolizję światów industrialnego i naturalnego (industrial folk), a być może o zmierzch obydwu. Zanim jednak o szczegółach – krótki przewodnik.

Sofie Herner i Dan Johansson to nazwiska, które spajają większość interesujących zjawisk z podziemia Göteborga. Po ich tropie z pewnością dotrzecie do najciekawszych nagrań tej sceny. Do tych nazwisk warto dodać jeszcze jedno – Matthias Andersson, również członek Enhet För Fri Musik. Nie jestem wielkim fanem jego solowych projektów muzycznych, ale to właśnie Andersson prowadził ultraważny label stojący u podstaw całej sceny – Release The Bats. To tam ukazywały się albumy Ättestupa – pierwszej inicjatywy Dana Johanssona, w której grał zatęchły, pogrzebowy noise/black folk, a więc wczesną, choć bliską jeszcze black metalowi inkarnację swoich poszukiwań z EFFM oraz ostatnich płyt solowych. Label jest niestety od kilku lat nieaktywny.

Część jego schedy przejęło I Dischi Del Barone. Label prowadzi sam Dan Johansson, wydając wyłącznie siedmiocalowe płyty. Trzy lata temu ukazał się tam na przykład zaskakujący singiel The Dead C, Palisades, bliższy ich wczesnym, jeszcze „piosenkowym” albumom w rodzaju „DR503” czy Eusa Kills. W samym roku 2017 ukazała się tam m.in. EP-ka Stefana Christensena oraz single Drunk Elk czy Blue Chemise – wszyscy ci artyści krążą w gruncie rzeczy po bardzo podobnej orbicie estetycznej. Jest wreszcie zupełnie już DIY-owy label Förlag För Fri Musik, który, jak podpowiada nazwa, jest tworem zrodzonym do samowydawania się artystów z kolektywu EFFM. No i nie można nie wspomnieć również o fantastycznej wytwórni Omlott. Niekoniecznie jest ona sprofilowana pod tę konkretną niszę (większość ich doskonałego katalogu to free jazz, o który EFFM zahacza jedynie sporadycznie), niemniej to właśnie oni wyławiają najbardziej kompletne wypowiedzi tej sceny oraz zapewniają im świetną promocję i dystrybucję. I chyba ostatni ważny przystanek – kasetowe Forever United.

Uff. Jeśli temat Was wciągnie, resztę mapy bez trudu dorysujecie sobie sami.

***

Teraz kwestia „skąd to się wzięło”. Jeśli szukać korzeni Enhet För Fri Musik na lokalnym, szwedzkim gruncie, to można ich upatrywać w dwóch zjawiskach. Po pierwsze, w hipisowskim prog-rocku przełomu lat 60. Pärson Sound i jego późniejsze przepoczwarzenia – International Harvester i Träd, Gräs Och Stenar – już w samym mechanizmie swobodnej twórczości kolektywnej przypominają działalność Enhet För Fri Musik. Ale to nie wszystko. Szwedzki prog tamtego okresu na tle świata był wyjątkowy wyswobodzony i poszukujący; podobnie jak choćby scena z Canterbury, był progresywny w prawdziwym tego słowa znaczeniu. Szumów i trzasków nie traktował jako niepożądanych, chętnie sięgał do form prymitywistycznych, plemiennych, konkretnych i naturalnych. Zwłaszcza kapitalny album Sov Gott Rose-Marie silnie rezonuje z muzyką EFFM. Do kompletu dorzucić można jeszcze Älgarnas Trädgård, które notebane było jednym z 291 zespołów, jakie pojawiły się na pierwszym albumie Nurse With Wound (fakt, że dochodzimy do tej nazwy, również nie wydaje się przypadkowy). W jakimś sensie cały ten ferment lat 60. podsumowuje fragment z antologii Kultura dźwięku:

W latach sześćdziesiątych radykalne kręgi „wolnej muzyki” uznawały w o l n o ś ć nie tylko za estetyczny, lecz także etyczny oraz polityczny postulat. „Wolna muzyka” stanowiła coś więcej niż chwilową modę czy formę rozrywki. Identyfikowano ją z licznymi ówczesnymi ruchami politycznymi dążącymi do przekształcenia świata – również przez wyzwolenie go z tyranii przestarzałych, tradycyjnych form.Frederic Rzewski, Kameralne eksplozje: nihilistyczna teoria improwizacji

Drugą podstawę można odnaleźć w scenie d-beatowej (kängpunk aka d-takt aka råpunk), który to gatunek w Szwecji nie tylko stawiał w latach 80. swoje pierwsze kroki, ile przybierał jedne z najbardziej szorstkich, wyzwolonych spod dyktatury ładu form. Anti Cimex (pochodzący zresztą z Goteburga), Totalitär – wiadomo o jakie zespoły chodzi. Na albumie Dokument 1 EFFM znajdziemy zresztą ukłon w stronę świetnego zespołu tego nurtu – „Mot en strålande framtid” to nawiązanie do piosenki Bombanfall. Kängpunku nie słychać oczywiście w muzyce kolektywu w sposób bezpośredni, bardziej w samej tkance dźwiękowej. Ale może ważniejsze jest to, że to właśnie ten ruch otworzył w Szwecji furtkę na brzmienia trudniejsze (nieco inne jednak niż metal, zwłaszcza że Szwecja produkowała metal dość ugłaskany) oraz stworzył podziemną scenę, a wraz z nią sprawny układ krążenia dla rozmaitych głośnych i ciemnych nagrań. Z drugiej strony, na EFFM wpłynęły również oczywiście inspiracje globalne – mówimy wszak o obecnej dekadzie. Nigdy nie jednak zaszkodzi nakreślić możliwe lokalne źródła i tradycje.

To tyle słowem wstępu – czas na przybliżenie kilku albumów tej sceny. Skoncentrowałem się na pozycjach najnowszych, ale nie tylko dlatego, że są najświeższe. Miniony rok był dla wolnej muzyki z Göteborga po prostu najmocniejszy.

inom dig inom mig

Enhet För Fri Musik – Inom Dig, Inom Mig [CS: Forever United, 2015; LP: Aguirre Records, 2017]

Album oryginalnie ukazał się na kasecie trzy lata temu, ale wtedy trafił jednak w ręce nielicznych. W 2017 r. Aguirre Records postanowiło wznowić go na LP. I bardzo słusznie, bo w pewnym sensie jest to album-matka, nie tylko zresztą w ramach samego Enhet För Fri Musik – można do niego odnosić niemal wszystkie rzeczy, jakie robią artyści poza kolektywem. Ogniskują się w nim wszelkie istotne tropy gatunkowe – harsh noise, neofolk, industrial, (dark) ambient, muzyka taśmowa, nagrania terenowe, minimalizm, ale nade wszystko – free form. W przypadku tego albumu, na którym najmniej jest muzyki w najbardziej tradycyjnym rozumieniu, można mówić również o anty-muzyce (lub tzw. barely music). Warto jednak pamiętać, że to termin przede wszystkim prowokacyjny, sygnalizujący zwykle umuzycznienie „niemuzycznego”, zapowiadający jakiś krok emancypacyjny w myśleniu o muzyce.

Nie bez powodu jedna z płyt EFFM nazywa się Dokument 1. W pewnym sensie jest to bowiem muzyka (para-)dokumentalna. EFFM zdają muzyczny raport z uprzednio stworzonego, kompletnego i nierozerwalnego środowiska dźwiękowego. Głos, organy, gitara czy saksofon, które są tutaj prawie zawsze obecne, nie miałyby żadnej mocy, gdyby wyrwać je z kontekstu wzburzonych szumów, śpiewu ptaków, taśmy z nagraniem jakiegoś chałupniczego mechanizmu. To dzięki temu, że w „Se Dig Om”, mojej ulubionej kompozycji kolektywu, przez cały czas słyszymy jakby wiatr dmący w mikrofon, utwór zasysa nas z każdą minutą jak jakieś mroczne, choć i pociągające jezioro.

Ze wszystkich albumów EFFM, ten jest zdecydowanie najbardziej tajemniczy. Ale to nie duchologia – prędzej zmorologia. A nawet nie zmorologia, bo nic tu na dobrą sprawę nie straszy. Samo przebywanie w izolacji z tymi dźwiękami generuje w nas coś w rodzaju pierwotnego lęku, subtelnego, ale dojmującego jednocześnie. Ze wszystkich albumów EFFM to również album najbardziej minimalistyczny (najprędzej przychodzi mi do głowy skojarzenie z Nothin’ to Look at Just a Record Phila Neblocka). Jest również najbardziej nokturnowy. Bardzo bliskie pod względem atmosfery i metody nagrania jest mu niesamowite Nocturnes Matthew Hopkinsa (zmasterowane zresztą przez Grahama Lambkina, którego nazwisko też można spokojnie włączyć do tej galaktyki). I chyba skończę na tym, że w ostatnich kilku latach to właśnie te dwa albumy wprawiały mnie w największy niepokój i jednocześnie największe zaintrygowanie.

Całość jest na Bandcampie.

det finns

Enhet För Fri Musik – Det Finns Ett Hjärta Som För Dig [Omlott, 2017]

Tegoroczny album EFFM to niemal zupełnie inna muzyka. Dowodzi to oczywiście, że to faktycznie twórczość swobodna. Det finns ett hjärta z tytułu to najpewniej zapożyczenie z jednego z tradycyjnych hymnów szwedzkich. Już ten fakt w połączeniu z kolorystyką okładki sugeruje, że EFFM dadzą nura w coś zgoła odmiennego.

Podczas gdy projekty solowe Johanssona i Herner stają się coraz głośniejsze, gęstsze i ciemniejsze, Enhet For Fri Musik wypogodniało. Det Finns Ett Hjärta Som För Dig to takie szwedzkie lato hipisów, ale takich prawdziwych, eksperymentujących z muzyką hipisów, o jakich mowa była we wstępie. Na poprzednich albumach, zwłaszcza na Låt Oss Vada Genom All Ängslan Tillsammans, również o jaśniejszym wydźwięku i również z przełamaną kolorami nie-monochromatyczną okładką, to ciepło już się przewijało, ale tutaj jest właściwie wszechogarniające. W odróżnieniu od Inom Mig, Inom Dig, zabrudzenie tego albumu więcej ma wspólnego z powrotem do naiwnego tworzenia i słuchania. W miejscu dołujących kadrów o funeralnym wydźwięku pojawia się celebracja życia, zwłaszcza życia w drobnej lokalnej społeczności, w kolektywie. Jeśli dopatrywać się w Det Finns… czegoś leśnego, to zamiast mrocznej sieni są to buchające ciepłem ogniska wśród drzew. Całą beznadzieję atmosfery Johansson odpompował do swojego solowego projektu, Sewer Election, a dokładnie na album Malign, o którym za moment. Co zostało? Głównie ciepłe szkice piosenek folkowych lub nawet folk-popowych, które z pewnością spodobają się fanom The Garbage & the Flowers.

Te niedokończone – albo lepiej: ledwie zaczęte, dyletanckie – piosenki nadal przeplatają się z abstrakcyjnymi fragmentami, choć jest ich tutaj zdecydowanie mniej. To jak patrzenie przez zakurzony kalejdoskop ze zdjęciami upamiętniającymi kampus w szwedzkich górach, w którym na niektórych, mocno nadgryzionych zębem czasu slajdach, nie widać już nawet konturów, a jedynie przetarte kolory, z których „doobrażamy” sobie sceny. Inne skojarzenia: zmurszałe kasety VHS, transmisje z zepsutego radia, raport z poszukiwania straconej organiczności, dyktafonowy zapis życia obok (eskapizm) lub wbrew (polityczna decyzja) cywilizacji. W „Solokvist” ktoś gra na saksofonie, podsłuchiwany jakby z okna na podwórzu. W „Blomsteräng” ktoś pogwizduje do banalnych akordów. Co jest w tych fragmentach szczególnego? Absolutnie nic. To magia nieszczególności, która jako całość ma jednak moc przeniesienia do innego świata.

Większość fragmentów nie przekracza 2 minut, mamy do czynienia ze skrawkami muzyki. Dzięki temu album w ogóle nie nuży, to pasjonujący kolaż. Wyróżnia się jedynie ostatnia, tytułowa, trwająca 10 minut kompozycja – wykorzystująca taśmy ze śpiewem chóru (najpewniej jest to wspomniany szwedzki hymn) i przemówieniami. Ale nawet ten fragment pozostaje pogodny. Przypomina mi się w tym miejscu podobnie kolażowy i pachnący czymś dawnym album Segermannen grupy Dusa, jednej z najciekawszej grup Szwecji magicznej (ich mroczniejszemu „Ljung” blisko z kolei do poprzednich wydawnictw EFFM). Pod względem metody mamy więc to samo, ale w kwestii nastroju i skojarzeń – zupełny rewers Inom Dig, Inom Mig. Jakieś ziarno niepokoju jest na Det Finns… obecne, ale raczej związane ze świadomością, że ta ciepła nostalgia za chwilę osunie się w ciężką melancholię. Dlaczego? Bo być może niemożliwe jest już odzyskanie niewinności świata i muzyki.

Na koniec bardzo polecam opis albumu ze strony Music Lovers. Człowiek, który napisał owe liner notes, przepięknie się przy tym otworzył, zamiast płyty opisując właściwie skróconą genezę całej swojej przygody z muzyką. Jeśli facet, który w latach 60. poznał Alberta Aylera i któremu Lester Bangs wisi kasę, nie boi się użyć słowa „masterpiece” w stosunku do świeżego albumu jakiejś grupy ze Szwecji, to można chyba założyć, że coś tutaj jest na rzeczy. A zupełnie przy okazji można się wzruszyć czytając, jak całe to podziemie z Gothenburga przywróciło komuś smak muzyki osobliwej i zapierającej dech w piersiach.

sewer election - malign

Sewer Election – Malign [iDEAL Recordings, 2017]

Sewer Election, czyli Dan Johansson w pojedynkę. Pod tym szyldem nagrywa od 2002 r. Harsh noise, manipulacja taśmami, nagrania terenowe, wykręcanie oscylatora i feedbacku, oszczędne, ale wchodzące pod skórę partie gitary akustycznej – to specjalności Johanssona, które wnosi tak samo do EFFM, jak i do swoich projektów solowych. W swoich najlepszych odsłonach twórczo korzysta z wielu tych metod jednocześnie. W najgorszych – serwuje raczej typowe pierogi z harshem. Nie znam wszystkich albumów Sewer Election i pewnie nie dam rady uczciwie poznać. Johansson nagrał dziesiątki płyt z muzyką skrajnie nihilistyczną i hedonistyczną – tytuły takie jak „Choking In Shit And Decadence” albo „Distort Orgasm” mówią same za siebie. Nie jestem domyślnym odbiorcą takiej muzyki. Uwielbiam transgresywny potencjał harsh noise’u, ale nie kiedy po drugiej stronie jest tylko wycieńczenie i pustka.

Jeśli jednak tylko Sewer Election w miejsce czerni głębokiej jak dusza mordercy wpuszcza odcienie szarości, wtedy robi się naprawdę ciekawie. Warto sprawdzić na przykład zniuansowane Nära z 2014 r. albo Maar – fantastyczny album nagrany rok później w duecie z Sofie Herner. Ostatnimi laty, co swoje korzenie ma w Attestupie, a pełen rozkwit zalicza w kolektywie Enhet For Fri Musik, Johansson nagrywa coś znacznie bardziej osobliwego od ekstremalnego noise’u. Harsh folk, industrial folk, rotten folk, anti-folk – nie wiem, jak to do końca nazwać, co bardzo mnie cieszy. W każdym razie preparuje folk złowrogi, malujący w głowie obrazy średniowiecznej wsi, w której przed chwilą obfite żniwo zebrała wyjątkowo paskudna plaga. Nie są to jednak ekstrema w sensie użytych środków – tych jest zresztą jeszcze mniej niż w EFFM. Jeśli dostrzegacie piękno w wiejących beznadzieją kadrach Belli Tarra, to Malign może wydać się Wam poetyckie. Porównajcie zresztą okładkę albumu z kadrem z Konia turyńskiego:

a-torinoi-lo-avi_006848040

I patrząc na ten kadr, puśćcie sobie na przykład taki fragment.

Tym samym „Malign” bliżej niż do typowych albumów Sewer Election jest do złożoności Enhet For Fri Musik, a więc do muzyki uchylającej się od gatunkowych naszywek. Do muzyki wolnej, a przy tym o natychmiast rozpoznawalnym rdzeniu estetycznym, co tylko potwierdza, że dzieją się obecnie w Szwecji rzeczy bezprecedensowe. I owszem, przy okazji to prawdopodobnie najbardziej ponura muzyka, jaką usłyszycie w ostatnich miesiącach lub latach. Zgrozę, ale jednocześnie i podziw budzi jednak fakt, że jest tak skuteczna, mimo iż nagrana została bez użycia słów i na dobrą sprawę – z minimalnym użyciem muzyki w jej tradycyjnym znaczeniu. Pojmowanie strachu i zgnilizny jest tu zupełnie intuicyjne (a wiec najpełniejsze). Johanssona nie interesują specjalnie mroki gatunkowe. Unika też mrocznych konfesji, osuwania się w radykalizmy, czytelnych pocztówek z pogorzelisk. To muzyka malarska i w tej malarskości minimalistyczna – jej statyczność, monotonna repetycja lub znieruchomienie, przy jednoczesnym stężeniu różnego rodzaju szumów i stuków, napędzają przed oczy ilustracje. Gdzieś podskórnie ten materiał ma jednak potencjał muzyki ciężkiej. Pojawiająca się co jakiś czas gitara wygrywa atonalne partie brzmiące jakby chcieli grać na nich minstrele pozbawieni większości palców oraz woli życia – zamiast śpiewów odpowiadają im zresztą gdzieniegdzie słabe, agonalne jęki. Miejscami można mieć wrażenie, że to depressive black metal, tyle bez użycia przesteru i pozbawiony tradycyjnej struktury (dark ambient również nie jest w stanie wyczerpać tematu).

Muzyka na „Malign”, mimo iż na swój sposób poetycka (Hölderlin? Rilke?), jest jednak bardziej depresyjna niż melancholijna, a jeśli melancholijna, to w najbardziej ociężałym wydaniu. To jest to ponure miejsce, w którym muzyka się kończy. Nie w sposób spektakularny, z poprzedzeniem eksplodującego crescenda albo w stylu romantycznie niszczejących taśm czy sampli (taką metodę słyszymy tylko w przypominającym Caretakera „Dream Bizzarre”). Większość utworów to żywy, surowy i powolny proces murszenia kości lub długie ujęcie na dziurę w ziemi, w której leżą potrzaskane instrumenty. Jest to więc muzyka beznadziejna, muzyka, która już prawie muzyką nie jest. Muzyka rudymentarna. Ale, paradoksalnie, jest w niej również jakieś ciepło. Albo po prostu organiczne zimno.

neutral_grande

Neutral – När [Omlott, 2017]

Neutral to duet tworzony przez Dana Johanssona i Sofie Herner. Nie wiem, czy są parą prywatnie, ale ich relacja przy tworzeniu tkanki dźwiękowej Neutral jest bez wątpienia intymna. Jej senny głos i gitarowy feedback oraz generowany przez niego noise stapiają się w jedno niezwykłe doświadczenie. „You know I shake like static on a late-night TV” – śpiewał Alex Chilton, który co prawda nie ma z Neutral absolutnie nic wspólnego, ale „static” to świetne słowo, które w znaczeniu zakłóceń na ekranie telewizora oraz elektryczności statycznej doskonale do Neutral pasuje. Ze wszystkich ciał krążących wokół EFFM Neutral od początku było najbardziej zorientowane na piosenki. Z tym że właśnie – piosenki zatopione pod kaszą z ekranu. Zaszumione, nieprzejrzyste, unikające melodii. Z płyty na płytę piosenkowość Neutral się jednak uwypuklała. Na drugim albumie duetu trafiały się utwory w niemal tradycyjnym formacie, jak promowane na single „Gaze” czy „Samma”. Pierwsza z nich była jednak industrialnie zbrutalizowana, zaś druga – brzmiąca jak Bardo Pond na ciężkim poranku. Żadna z nich nie była zresztą śpiewana. „När” tymczasem jest nieco inne – otwiera się na bardziej dosłowne subtelności.

Pierwszy utwór, „Du”, to najbardziej tradycyjna piosenka w dyskografii duetu. Brzmi trochę jak electroclash w stylu .Adult, który zasnął na imprezie. Wokal Sofie Herner, niezmiennie narkotyczny i hipnotyzujący, wpierw przypomina telefoniczny monolog w środku nocy, by później przejść w normalnie wyśpiewany refren. Doskonały kawałek, tlący się jak jak coraz jaśniejsze ciepło pulsujące pod pokrywą brudnego lodu. A teraz wsłuchajcie się w tekst. Kojarzy się z czymś? Podpowiadam od razu, bo sam bym nie zgadł, gdyby nie trop znaleziony w sieci – to reinterpretacja piosenki „Not Given Lightly” Chrisa Knoxa, być może najpiękniejszej piosenki miłosnej w ogóle. W wykonaniu Neutral kawałek całkowicie zmienia charakter, nabiera wampirycznego liryzmu. Podobnie nie-ekstremalne jest „Brott” (z prostym, ale tak świetnie pasującym do tej muzyki klipem). Nie tylko Herner sobie w nim podśpiewuje – zapiaszczone syntezatory również grają nieśmiałe, relaksujące melodie. Z drugiej jednak strony są tu też jedne z ich najlepszych numerów niedelikatnych. „Inte Vara Rädd” z basem i poszatkowanym na taśmie feedbackiem gitary brzmi jak post-punk z piekieł. Momentem kulimnacyjnym albumu jest dla mnie jednak „Berg 211”. Posłuchajcie jak z tej warczącej kakofonii wyłania się brutalna, modulowana bryła, rosnąca jak złowroga góra. Coś pięknego.

Podobnie jak w przypadku EFFM, wpływy Neutral również da się odnaleźć w Szwecji, a nawet w samym Gothenburgu. W latach 80. to miasto miało całkiem mocną scenę post-punkową. W wielu zespołach aktywni byli zresztą ludzie, którzy w latach 60. i 70. tworzyli tam wspomnianą wcześniej scenę psych-prog-folkową. Transfer hipisów do punka to absolutnie nic zaskakującego – najlepiej widać to przecież w San Francisco. Gothenburg oczywiście nie zrodził tak imponujących zespołów jak Chrome czy Tuxedomoon (ich dalekie echo jak najbardziej słychać w Neutral), ale trochę się tam działo. Prym wiódł przede wszystkim minimal wave. Cosmic Overdose, Twice a Man, Anna Själv Tredje – nie są to zespoły tak podobne Neutral jak choćby środowisko Throbbing Gristle (z Cosey Fanni Tutti i Chrisem Carterem na czele – ten duet aż się prosi o porównanie), ale można spokojnie odhaczyć wspólne punkty. Inna sprawa, że nie znam niczego, co byłoby naprawdę do Neutral podobne. I co niesamowite, dotyczy to właściwie wszystkiego, co orbituje wokół kolektywu Enhet För Fri Musik.

***

I jeszcze króciutko, w formie brudnopisu, o dwóch innych ciekawych płytach z tego roku i tej samej niszy. Na ich szersze opisanie zabrakło mi już zwyczajnie czasu:

private arms

Private Arms – Your Words Drip Like Wet Saliva [Förlag För Fri Musik, 2017]

Ponownie Dan Johannson i Sofie Herner, ale znów w nieco innym wydaniu. Ten hałas nie jest żadnym monolitem. Jest wyjątkowo złożony, każde kolejne przesłuchanie dociera ucho do kolejnych warstw, a już z pewnością do nowych widm i cieni. Najlepszym tego przykładem jest chyba utwór „Blaizing Trail Of Incompetence”, mój ulubiony utwór na płycie. Poza tym: „Peculiar Fiction” oraz „Guitar Solo Take One”, które brzmi jak monstrualny Bill Orcutt puszczany z rozpieprzonego radioodbiornika.

leda

Leda – Gitarrmusik III-X [Förlag För Fri Musik, 2017]

Leda = Sofie Herner. Najbardziej ziarnisty, ale i najbardziej mechaniczny album z opisywanych. Herner gra jednocześnie teksturą i strukturą. Mimo że tym razem to gitara jest tutaj w centrum, to jej rytmiczne pocięcie (chyba poprzez manipulację taśmami w post-produkcji) wydaje się nawet ważniejsze. Najciekawsze na albumie „X” to wręcz zadławione harshem, spowolnione industrial techno. Mocny, oczyszczający album, pod którego nieprzyjazną tkanką pulsują niuanse.

-KP

Jedna myśl na temat “Ziarno muzyki północnej: kolektyw Enhet För Fri Musik i okolice.

  1. Pingback: 3/4 |

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Google

Komentujesz korzystając z konta Google. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj /  Zmień )

Połączenie z %s