The Double – The Dawn Of The Double

image


The Double – The Dawn Of The Double
(In The Red, 2016)

In The Red stuknęło w tym roku 25 lat i szczęśliwym trafem pojawił się magiczny album z kodem ITR-295, który ten jubileusz doskonale uwypukla. W końcu ktoś zrobił to, co winno się zrobić już dawno temu. Oto dwóch fetyszystów ze świetnym gustem i perfekcyjnym warsztatem wzięło hipnotyczny pląs gitary Bo Diddleya, z dwóch akordów zrobili jeden – surowy, desperacki, ugrzęzły sam w sobie E-dur, rzecz jasna – a dwuminutowy metraż piosenki pomnożyli dwadzieścia razy. Dokładnie tak, to bite 40 minut tańczącego szkieletu rock’n’rolla. Album minimalistyczny, a przy tym maksymalny, bo będący nagą manifestacją gatunku. Rock’n’roll totalny? Być może właśnie z tym mamy do czynienia. Rock’n’roll szczątkowy? Również nie da się zaprzeczyć.

The Double to garaż zredukowany do koniecznego minimum – gitary i bębnów. Na gitarze zacina Emmett Kelly, człowiek znany przede wszystkim z długoletniej współpracy z Bonniem Princem Billym, ale również z bardziej
eksperymentalnych projektów, jak choćby z zeszłorocznego „Magnetoception” Joshuy Abramsa. Przy perkusji zasiadł z kolei wielki Jim White – bębniarz
Venom P. Stinger i Dirty Three. Wiadomo, co ten facet potrafi, więc nie dziwi, że wymiata również tutaj. Sama gitara, jak u pojawiającego się w porównaniach Rhysa Chathama, nie dałaby zresztą rady dobrze nasączyć tego rytmu. A  właśnie o rytm się tu rozchodzi, o taniec.

Najbardziej fascynująca jest podwójność, nomen omen, The Double. Z jednej strony mamy wydawnictwo dzikie, działające na nasze pierwotne odruchy i
omijające ośrodek myślenia. Z drugiej strony, przez uwikłanie w tradycję, jest niezwykle atrakcyjne do rozmyślań z obrzeży antropologii kultury, zarówno od strony popkulturowej narracji, jak i refleksji nad przeżyciami plemiennymi człowieka Zachodu. Bo jak to jest, że wystarczy nam ten jeden zacinający akord i ekstatyczne bębny, a bez żadnych wyłożonych wcześniej zewnętrznych źródeł i kontekstów umiemy je momentalnie wyczuć, przywołać, odrzucić i wpaść w trans? Przedsięwzięcie The Double to zresztą nie tylko fenomen czysto gatunkowy, wręcz przeciwnie – “Dawn Of The Double” można traktować jako ponad gatunkową medytację, projekt w duchu eksperymentatorskim, przy którym można by popłynąć daleko z listą dużych nazwisk i dzieł ze świata (pozornie) nie-rock’n’rollowego. Dość powiedzieć, że wkładkę i notki promocyjne opracował Alan Licht. A jednocześnie jak górnolotnie by tego człowiek nie nazywał, to wciąż będzie garage rock w najczystszej postaci.

Doug Mosurock twierdzi, że w barwach In The Red „Dawn Of The Double” jawi się najbardziej śmiałym i głodnym albumem od czasów „Whiskey” Cheater Slicks, mając na myśli pewnie przede wszystkim rozimprowizowane szaleństwo w postaci „Thinkin’ Some More”. Nie jestem pewien, czy odważyłbym się na takie stwierdzenie, bo na przestrzeni tych 23 lat granice gatunku rozsadzało choćby „Exit Dreams” The Hunches, choć oczywiście w zupełnie inny sposób. Bez wątpienia mamy jednak do czynienia z cholernie ważnym przełamaniem w katalogu wytwórni, niegdyś nieskażonej nudą, a ostatnio za bardzo zdominowanej przez mało inspirujący modern garage i fuzzowatą psychodelę. Tęskniłem więc bardzo za autorskim garażem od ITR, a doczekałem się wskrzeszenia Bo Diddley’a na potencjalnie nieskończonej pętli. Nie narzekam.

– KP

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Google

Komentujesz korzystając z konta Google. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj /  Zmień )

Połączenie z %s